poniedziałek, 28 lutego 2011

Zatoka delfinów - reż. Louie Psihoyos

Oglądając ten dokument  miałam problem, o co chodzi? Czy o delfiny ( i wszelkie inne walenie), czy o ekipę realizacyjną, która pragnie zaprezentować  się światu jako bohaterowie walczący o życie tych zwierząt, do którego wizerunku, jako najsłodszego gatunku przyczynił się jeden z bohaterów, a właściwie to inicjator tego filmu - Richard O'Barry - kiedyś trener słynnego Flippera. Owszem, na początku, ten pan bije się w piersi, że będąc pięknym, młodym i sprężystym treserem tych zwierząt,  sam maczał palce w szalonym rozwoju delfinariów, tym bardziej pracując w filmie, który zdobył popularność na całym świecie. Ale, jak twierdzi,  po samobójczej śmierci swego pupila przeszedł przemianę duchową i teraz walczy z Japończykami z wioski Taijii, ktorzy urządzają masowe połowy na te ssaki, w celu zapełnienia nimi m. in. także wielu amerykańskich (sic!) delfinariów. Zwierzęta, które nie odpowiadają  wymogom tych przybytków są zabijane i paczkowane, jako karma dla ludzi. I tu znowu wielkie oburzenie ze strony filmowców - bo przecież mięso waleni zanieczyszczone jest rtęcią. Dlaczego więc nie walczą przeciwko spożyciu tuńczyka na przykład, który spożywany jest masowo na całej kuli ziemskiej, a żyje wiele lat i dzięki temu potrafi gromadzić mnóstwo związków rtęci w swym mięsie?

Nie, oni wybrali na cel swej szlachetnej walki delfiny, bo to taki wdzięczny i słodki temat, a poza tym wioska Taijii leży nad przeuroczymi bardzo fotogenicznymi zatoczkami. Jakże to się świetnie komponuje z tematem, i jeszcze bardziej chwyta za serce widzów - delfiny, zatoczki + ci przeuroczy waleczni Amerykanie: facet od wyzwań ekstremalnych (wspiął się na drapacz chmur w Tajpej), facet od filmowych efektów specjalnych, jakis super znany dźwiekowiec od koncertów rockowych, urocza para nurków bezdechowych... łkająca w kołnierz na widok ganianych po zatoce zwierząt. A na przeciw nich - ci podli  prostacy, japońscy wieśniacy, którzy nie umieją nawet mówić po angielsku!

Cały czas miałam wrażenie, że Amerykanie świetnie się bawią, niczym chłopcy, robiąc swój ekologiczny kryminał. Oni przystojni, świetnie ubrani, bogato wyposażeni, z błyskotliwym poczuciem humoru,  nadaktywnie filmujący się niczym bracia Bonda w pełnych grozy i niebezpieczeństwa sytuacjach (częste zdjecia z noktowizorów) wybrali się na jakże niebezpieczną wojnę ze wschodnimi barbarzyńcami, którychz kolei  filmowali w bardzo niefajnych sytuacjach, szczególnie jeśli chodzi o Japończyków w garniturach, na wszelkich sympozjach - zawsze przysypiali.
A przecież, skoro jest popyt na delfiny, to jest i podaż. Wypadałoby więc, by szlachetni wojownicy zaczęli od swego podwórka, niechby powalczyli wpierw o zamykanie oceanariów, delfinariów, czy gabinetów z delfinoterapią. Niestety, wtedy film nie wyszedłby tak atrakcyjny, a i walka byłaby o wiele mniej fotogeniczna, a może nawet bardziej dla nich niebezpieczna.
Film błazeńsko tendencyjny, robiony w sam raz pod mentalność Amerykanów, którzy uwiebiają walczyć o wolność i porządek wszędzie, tylko nie u siebie.

Angst - reż. Gerald Kargl

O tym filmie nie dowiedziałabym się, bo i skąd, gdyby nie moje wędrówki po forach filmowych, o ktorych już tu wcześniej wspominałam. "Angst" to skromny realizacyjnie film, powstały 28 lat temu (przy współpracy Austrii i RFN),  jako pierwszy i ostatni (przynajmniej narazie) film fabularny Geralda Kargla, przy sporym współudziale znanego filmowca z Polski rodem - Zbigniewa Rybczyńskiego, współautora scenariusza i autora rewelacyjnych zdjęć. 

"Angst" ukazuje jeden dzień i jedną noc z życia mordercy, który wyszedł na wolność po odbyciu wieloletniej kary za zabójstwo starszej kobiety. Niestety, bohater jest psychopatą, którego chore emocje napędzane są przez strach, upokorzenie, jakich doznawał od najwcześniejszego dzieciństwa.  Zafiksowany na te jedyne uczucia, przez dręczącą go matkę, babkę, siostrę i ojczyma, niczym zaszczutego zwierzę, nawet wiele lat po swych traumatycznych przeżyciach, będąc sam, z daleka od swych dręczycieli, nie umie żyć na wolności, bez doznań jakich doświadczał będąc dzieckiem.  Lęk, nienawiść i ból,  który pokochał zadawać są jego przewodnikami  po życiu. 

I cóż, porabia filmowy bezimienny psychopata, gdy zamykają się za nim  więzienne bramy? Wyposzczony przez lata odsiadki zaczyna poszukiwać ofiary, dzięki której osiągnie swe spełnienie.  Jego mózg nie kala się jakimś racjonalnym myśleniem. Mężczyzna kierowany impulsem, niczym zwierz, zaczyna węszyć w poszukiwaniu żeru, ofiary.  Trafia na postój taksówek,  wsiada do pierwszej, bo przecież, nie może mordować pod samym więzieniem. Ku jego uciesze kierowcą okazuje się być blondynka w średnim wieku. Prosi więc o kurs w stronę lasu... I nie czekając na stosowną chwilę, niemal od razu, zabiera się do mordowania. Żadnej logiki, planowania. Ale kobieta biznesu nie w ciemię bita, wypędza go z samochodu.  Psychopata jak oszalały biegnie przed siebie, na oślep, przez las. Zatrzymuje się w jakiejś miejscowości i tu trafia na idealne miejsce dla siebie, zalęknionego tchórza który bedzie mógł się znowu po swojemu zrealizować i zadać ból osobom niewinnym i słabym, takim jakim on był kiedyś, gdy go dręczono. 

KLAUSTROFOBIA - oto słowo, które najtrafniej charakteryzuje atmosferę tego filmu. Już pierwsze kadry budują klimat zamknięcia, kiedy to, niczym ptak, krążymy nad  dachami zabudowań jakiegoś niedużego miasta.  Powoli zjeżdżamy, wraz z kamerą, na dziedziniec więzienia,  z niego przenosimy sie do małej pojedynczej celi, a z niej do umysłu mordercy, który to umysł jest dla niego najokrutniejszym  więzieniem, nie pozwalającym oderwać się raz na zawsze od przeszłości i zamkniętym w niej ego.  Dlatego kara odizolowania nie jest żadną karą, żadną resocjalizacją, dopóki jego umysł nie uwolni się od natrętnych myśli. Odizolowanie jest konieczne tylko i wyłacznie w celu ochrony społeczeństwa przed takimi jednostkami.  Wiele przecież ludzi jest niekochanych w dzieciństwie, poniewieranych, tułających się po róznych kątach, które mają udawać dom, ale nie wszyscy przecież zostają mordercami, mszczącymi się za swój podły los. Tylko ktoś chory psychicznie, skupiony wyłącznie na sobie,  nie może znaleźć wyjścia z pułapki wiecznego poczucia krzywdy i chęci irracjonalnej zemsty. 

Na końcu filmu pada ciekawe zdanie, gdy z offu słyszymy wyrok i jego uzasadnienie, padają słowa o genezie niesamowitej agresji psychopaty. Niestety, trudne dzieciństwo nie stanowi usprawiedliwienia i, jak mówi sędzia, skazany sam ponosi odpowiedzialność za swoje czyny. Niestety, przyszło mu dźwigać, na swoich plecach bagaż odpowiedzialności, którzy powinni ponieść jego rodzice.  Nie jest to na pewno sprawiedliwe, on sam jest ofiarą swej słabej psychiki, a ma ją słabą, bo był niekochany i tak w koło... Smutne i przerażające jednocześnie... No i rodzi się, w związku z tym,  jedna podstawowa życiowa refleksja - przez głupotę i brak odpowiedzialności jednych (w tym konkretnym filmowym przypadku rodzice, ale także sąd),  giną albo mają zmarnowane życie inni. A mówi się, a wręcz trąbi wokół,  że dzieci to największy skarb. 

Film nie piękny, bo nie ma tu ani jednego jasnego akcentu, jakiejś nadziei, odrobiny człowieczeństwa jaką moglibyśmy znaleźć w tym osobniku.  Jest to człowiek stracony, tym bardziej, że nie skierowany na leczenie, a na długoletnie więzienie. Jednym słowem, oglądając "Angst" nie posilimy się nawet minimalną dawką optymizmu, wiary w  człowieka. Ale  można po niego sięgnąć, bo jest ciekawy (wniknięcie do umysłu psychopaty) i świetnie zrealizowany. Trzyma porządnie w napięciu, a przynajmniej na samym początku Z czasem, gdy jesteśmy świadkami monstrualnie narastającego szaleństwa mordercy, ocieramy się już wręcz o groteskę, o zabarwieniu horrorystycznym , a nawet parodystycznym. 

Na zakończenie, warto wspomnieć o niesamowitej kreacji Edwina Ledera, znanego niektórym z postaci maszynisty z "Okrętu". Ja widziałam go po raz pierwszy. Rola bardzo trudna, jak wiadomo, łatwo ją można było przeszarżować i zamiast z groźnej, przerażającej uczynić ją śmieszną. Jemu się udało, dobrze zagrał człowieka skazanego za życia na śmierć i zadawanie śmierci, bez żadnego sentymentalizmu, nadmiernego wzbudzania litości,  poznajemy jego historię, chcemy jego izolacji, żałujemy, że nie chce się go leczyć, jednocześnie wątpiąc i bojąc się, czy jest to możliwe? 

No i muzyka  Klausa Schulza, wspaniała, wcale nie agresywna, wręcz przeciwnie, bardzo subtelnie uzupełniająca obraz i przeżycia bohatera, tak jakby chciała nieco ułagodzić jego skołatany umysł, a także nie zmęczyć, nie nadwyrężyć wytrzymałości widza
.
Obraz dopełniają zdjęcia Zbigniewa Rybczyńskiego. Jakże dobitnie ilustrują i pogłębiają przerażenie, strach, klaustrofobię - omiatające przestrzeń wokół bohatera, goniące jakby za nim i z nim, za ofiarami, za jego chorymi myślami. Takie ogólne wrażenie rozedrgania dają. Film jest przykładem, że można zrobić niedrogo całkiem przyzwoity psychologiczny horror, wystarczy tylko, bagatela, umieć.
 

poniedziałek, 7 lutego 2011

The Social Network - D. Fincher

Warto by uczcić moją kolejną kapitulację wobec internetu, czyli rejestrację na portalu społecznościowym, "Facebookiem" zwanym, jakąś krótką notką na temat filmu o jego założycielu Marku Zuckerbergu pt. "The Soacil Network" w reż. D. Finchera.  Pamiętam jak prawie 10 lat temu broniłam się rękami i nogami przed pokusami i pułapkami sieci internetowej. Najpierw było GG, później założyłam własne forum filmowe - z obu działalności już zrezygnowałam.  Straszne pożeracze czasu i energii, nie dające mi nic w zamian. Krótkotrwałe nawiązywanie powierzchownych niby znajomości, czasem quasi przyjaźni.  Równolegle z forum zaczęłam pisać sobie o filmach na blogach. I to ma największy sens. W końcu uległam facebookowi , wcześniej jeszcze był króciutki epizod z "Naszą klasą". I już najchętniej bym się wyrejestrowała. Ale na film o ojcu dyrektorze FB jednak poszłam, w ramach przekory, rzecz jasna.  No i nie padłam na kolana z zachwytu, ani przed Fincherem, ani przed Zuckerbergiem. Choć jego historia nie jest opowiedziana najgorzej. O dziwo, wytrzymałam dwie godziny nieustannej gadaniny, często o czarnej (jak dla mnie) magii komputerowej.  Znowu okazuje się, że najlepszym motorem działalności człowieka jest namiętność, i to ta niższego rzędu, jak np. zemsta z powodu niespełnionej miłości, ewentualnie chęć zaimponowania swej wybrance serca. Impulsem mogą być także kompleksy, potrzeba ich zrekompensowania czymś wyjątkowym, pokazania światu na co mnie stać z okrzykiem "ja wam jeszcze pokażę!". Tak, wszystko to prawda, pod jednym tylko warunkiem, trzeba być piekielnie inteligentnym i pojętnym, ekspertem w swej dziedzinie, żeby ta rekompensata, chęć zabłyśnięcia się udała. Inaczej można dołączyć, jako kolejny eksponat, do wielkiej kolekcji frustratów.

Fincher ukazuje raczej ciemniejszą stronę Marka Zuckerbergera - twórcy facebooka. W filmie zostaje on oskarżony, przez bogatych studentów Harvardu, o kradzież pomysłu na stronę oraz, przez swego przyjaciela i współzałożyciela strony, o zdradę. Po drodze zostaje posądzony przez przyjaciół o zakapowanie na policji, dla własnych korzyści, imprezy z dużą dozą narkotyków. Jednym słowem, facet nie wypada zbyt imponująco, co zresztą widać na plakatach - jego twarz opieczętowano słowami (w polskiej wersji) "geniusz, zdrajca, miliarder". Może to tak już musi być, żeby do czegoś dojść, trzeba mieć sporo talentu, ale jeszcze więcej zimnej krwi, odporności i pospolitego s... syństwa, by nie zostać zjedzonym w dżungli, gdzie wszyscy biją się o pierwsze miejsce.

Aktor grający główną rolę (Jesse Eisenberg) wypadł bardzo dobrze, nie można narzekać. Nawet Justin Timberlake mi się spodobał- grał Seana Parkera, czyli tego, który jak nikt na świecie wkurzył Metallicę. Ogólnie - film poprawny, ale mało imponujący, czyżby uszyty na miarę współczesnego bohatera? Prawdziwy Zuckerberg, prawdopodobnie, nie czuje dumy ze swej filmowej sylwetki.  Tacy bohaterowie jakie czasy? Na szczęście, żeby sobie osłodzić filmowy wizerunek, może zerknąć na swoje imponujące konto bankowe, to jego zasobność, przede wszystkim, decyduje dziś o szacunku i uznaniu społecznym.

piątek, 4 lutego 2011

"Droga do miasta" i "Nieugięty" - Satyajit Ray


Dwie pierwsze części Trylogii o Apu, "Droga do miasta" i "Nieugięty" (3 to "Świat Apu") ,  w reżyserii hinduskiego reżysera Satyajita Ray'a,  poznałam dzięki bywaniu na forach filmowych i rekomendacji jednego z użytkowników.   No, i dzięk i TVP Kultura, która od czasu do czasu raczy nas jakimiś specjałami z światowej kuchni filmowej, często tej klasycznej nigdzie dla przecietnego widza, nie osiągalnej.  Zasiadłam sobie zupełnie nieobowiązująco przed telewizorem wczorajszego popołudnia, nie wierząc, że dam radę przez blisko 4 godziny  wytrzymać w jednej pozycji. Na wszelki wypadek, mam zawsze  pod ręką nagrywarkę, z której często korzystam. A tu się okazało, że oczu nie mogłam oderwać od obrazu Indii sprzed ponad pół wieku. Ale nie tylko Indii, także od portretu tej wiejskiej bengalskiej rodziny, której życie śledzimy przez ponad 20 lat A nie jest to taka sobie zwykła rodzina wieśniacza. Jej głowa, czyli ojciec tytułowego Apu, jest braminem,  umie czytać  i pisać,  marzy nawet by zostać sławnym pisarzem sztuk dla wędrownych trup teatralnych.

 Niestety, wraz z małżonką, wskutek różnych długów rodzinnych, jak i zbyt małej zaradności życiowej pana domu, należą do najuboższych mieszkańców wioski. Wioska, w której urodził się Apu i spędził dzieciństwo, wraz ze swoją starszą siostrą Durgą, leży niedaleko od torów kolejowych, wiodących wprost do Kalkuty.  Kolej żelazna, podobnie  jak w przypadku urbanizacji Indii (do dnia dzisiejszego jest naważniejszym środkiem lokomocji),  będzie miała tak samo duże znaczenie w kształtowaniu marzeń i przyszłości Apu.  Od małego spogląda na nią tęsknym wzrokiem, jakby przeczuwając, że uniesie go w daleki świat.  Rodzice starają się jak mogą, aby dać wykształcenie swojemu synowi (o córkę nie dba się w tym zakresie - ona ma już przyszłość ustaloną - pójdzie w ślady swej matki), posyłają go do szkoły, chłopiec uczy się także angielskiego. W ogóle jest zafascynowany nauką,  zdobyczami technicznymi,  ale interesuje go , tak jak jego rodziców, także sztuka, no i nauki humanistyczne.  
 
Trylogia Apu  nazywana jest  przez niektórych trylogią śmierci. A to dlatego, gdyż, punkty zwrotne w historii i tej rodziny stanowią śmierci. Tak to często bywa w życiu, że śmierć niesie ze sobą odrodzenie. Od/rodzenie w wielkim bólu i rozpaczy po śmierci bliskiej osoby. W filmie,  najpierw odchodzi Durga siostra Apu. Rodzina przenosi się do miasta nad Gangesem, ich byt ulega nieznacznej poprawie. Później umiera ojciec - matka z Apu przenosżą się znowu na wieś, pomaga im bogatsza rodzina, a na końcu umiera matka - Apu podejmuje stanowczą decyzję o zamieszkaniu na stałe w Kalkucie, gdzie wcześniej przyjechał na studia.  Jednym słowem historia jakich wiele na całym świecie - wszyscy  jesteśmy ze wsi,  niektórzy, a właśćiwie większość,  w celu zdobycia wiedzy, pracy, polepszenia bytu przenoszą się do miast i tam już zostają. 

Te dwa filmy są piękną  ilustracją znanego powiedzenia "panta rhei", wszystko płynie, jest w ruchu, świat ulega zmianom, wszystko.... tylko miłość matki jest niezmienna. Na tle portretu przeobrażających się Indii mamy, oprócz portretu Apu,  także portret jego matki, kobiety która w samotności, mimo że w rodzinie i będąc jej opoką, przetrwała wszystkie burze jakie nawiedzały jej dom. Zawsze skromna, cicha, oddana mężowi i dzieciom, wyrozumiała, otwarta na ich potrzeby, ale niestety, żyjąca w ciągłym oczekiwaniu na ich powrót.  I zdająca sobie już wtedy sprawę, z niesprawiedliwości  losu, jaki ją dotyka, lecz godząca się z takim stanem rzeczy, iż męską rzeczą jest wyjeżdżać, a kobiecą wiecznie czekać. 

Tak się zastanawiałam, dlaczego ten film ciągle urzeka współczesnych widzów. Może dlatego, że oglądając go,  musimy się zatrzymać, dać sobie czas i spokój, by móc  chłonąć atmosferę tamtych czasów, gdy dni płynęły wolno i tylko na czynnościach zaspokajających głód i pozostałe najważniejsze potrzeby egzystencjalne rodziny.  Gdy się tak wyciszymy, możemy  poczuć, te wszystkie podstawowe  emocje ludzkie, jakimi żyją tamci bohaterowie, mieszkańcy jednej z bengalskich wiosek, ktore nie są również obce nam.  Odczuwamy je,  nie dzięki  wykrzykiwanym słowom,  wyrzucanymz szybkoscią karabinu maszynowego dialogom, czy monologom.  Nie - słowa są tu oszczędne, ale dzięki temu mamy  czas i spokój, by wniknąć w twarze bohaterów, w wyraz ich oczu, kształt ukladających się w grymas czy uśmiech ust i już wiemy, czujemy prawie na własnej skórze, jak, na przykład, bardzo cierpi matka, gdy sąsiadki obrzuca niewyszukanymi epitetami jej dzieci, albo jak strasznie niepotrzebna czuje się stara ciotka, jedyna przedstawicielka swego pokolenia na wsi. A propos - piękny jest motyw ze starą ciotką i jej relacji z małą Durgą, która tak bardzo troszczy się o staruszkę, i jakże odmiennych relacji z matką Durgi i Apu, która zmęczona troskami, nie ma tyle cierpliwości ani serca dla starej kobiety.  Film ciągle przypomina, że życie ma swoje nieubłagane prawa, którym chcąc nie chcąc musimy sie poddać, a wcześniej z nimi się pogodzić. Także takie, że dzieci nie rodzimy, ani nie wychowujemy dla siebie.

Do urody filmu, oprócz bardzo prostej, niewyszukanej, ale jakże każdemu bliskiej treści, dokłada się w ogromnym stopniu uroda czarno-białych zdjęć i pejzażu samych Indii - te ich przepiękne wielusetletnie a może i wielotysiącletniedrzewa ! + specyfika zabudowań , ale przede wszystkim muzyka Ravi Shankara, która jest odrębnym bohaterem filmu. Ona nie jest tylko tłem, uzupełnieniem, ona JEST, istnieje,  w trzasku pocieranych zapałek, w krzyku matki po śmierci dziecka, w oczekiwaniu dzieci na wędrownego handlarza słodyczami, w opowieści innego handlarza o cudownej maści na wszytko etc.

Jednym słowem - piekny film. Polecam jako podróż nie tylko w przeszłość Indii, także jako podróż i refleksję nad swoją przeszłością, przodkami, dzięki którym jesteśmy kim jesteśmy.

niedziela, 23 stycznia 2011

Funny People - J. Apatow

Pod  lupę zostaje wzięte środowisko stand-up comedians, czyli ludzie, komicy, którzy chcą, stawiają sobie za zadanie  rozśmieszyć zgromadzoną przed sobą publiczność za pomocą wygłaszanego  monologu. Sztuka tego typu  opiera się bardziej na charyzmie wykonawcy oraz na jego dobrym kontakcie z publicznością niż na  artystycznych wartościach słowa ku niej skierowanego."Nazwa stand-up pochodzi z Ameryki, gdzie, jeśli chodzi o popularność, stand-up zajmuje miejsce, które w Polsce mają kabarety. W Stanach istnieją specjalne kluby zaopatrzone w miejsca do siedzenia i stoliki, oraz scenę. Podczas tzw. "open mike" (otwarty mikrofon) prawie każdy może wejść na scenę i rozpocząć swój występ. Dzięki takiej formule ten gatunek jest niezwykle przyjazny dla początkujących artystów – bardzo łatwo jest tam zacząć." (wikipedia)

George Simmons (Adam Sandler) to właśnie taki jeden z przedstawicieli gatunku wyżej opisanego rodzaju komików. Bardzo popularny, rozpoznawalny na każdym kroku, uwielbiany przez społeczeństwo amerykańskie. Ma już swoje (średnie) lata, spore zawodowe doświadczenie, duży i piękny dom,  każdą dziewczynę na zawołanie, mnóstwo kasy...  brakuje mu tylko kogoś bliskiego. Jego życie, podobnie jak życie każdego przeciętnego śmiertelnika, jest prawie tak samo monotonne i tak samo narażone na różne bardzo poważne choroby. Ktoregoś dnia dowiaduje się, że jedna z nich postanowiła wydać mu wojnę. George Simmons zaczyna poszukiwania kogoś, kto mógłby wyręczyć go w pisaniu skeczy, a także komu mógłby przekazać część wiedzy zawodowej. Myśli o przyjaźni, oczywiście odrzuca.  I znajduje - Irę Wrighta (także świetny Seth Rogen).
"Funny people" to komediodramat, żadna tam głupia komedia, z jakimi niesłusznie niektórzy kojarzą nazwisko Adama Sandlera. Bardzo, bardzo go lubię, i cenię, za spory potencjał dramatyczny, który potrafi ujawnić, jeśli tylko da mu się ku temu okazję . Polecam, przy okazji, oprócz  szerzej znanego  "Lewego sercowego" także mniej głośny, ale równie wart poznania -  "Spanglish".
"Funny people" to rzeczywiście film o zabawnych ludziach, ale nie tylko dlatego, że pracują w rozrywce. Także dlatego, że są samotni a wcale przecież być nie muszą. Obrażają się jeden na drugiego  za jakieś mniejsze czy większe (rzecz względna przecież) błędy, zrywają ze sobą, by potem cierpieć i tęsknić przez całe życie. To film o sztuce kompromisu, o wybaczaniu, o wielkoduszności, jaką możemy sobie wszyscy nawzajem, ku obopólnej korzyści, darować. Wystarczy tylko zechcieć, schować  do kieszeni urażone ego i... spróbować, a życie od razu wyda się piękne! Ten film powinni obowiązkowo zobaczyć wszyscy ludzie na Ziemi.

"Funny people" to także film o współczesnej sztuce dowcipu, skeczu. Niestety,  sięga ona coraz częściej dna.  Ja na przykład w ogóle czegoś takiego jak kabaret, stand-uu (nadaje HBO) nie oglądam.  Ludzie na ogół są coraz bardziej zmęczeni codzienną bieganiną, zarabianiem pieniędzy, kupowaniem, sprostaniu wymogom przeróżnych konkurencji.   Po pracy, więc, chcą spędzić czas przyjemnie i  bez wysiłku. Coraz mniej czytają, najczęściej oglądają , najłatwiej ich rozśmieszyć niewysublimowanym dosłownym dowcipem kloacznym.  Dowcip intelektualny, odnoszący się do pewnych znaków kulturowych, wydarzeń towarzyskich,  ale nie tych brukowych, bardziej salonowych,   wymaga publiczności jednak bardziej oczytanej i obytej w różnych tematach i środowiskach (a poza tym, jak ktoś się już wybrał na taki występ, zapłacił, to musi sie obowiązkowo za wydane pieniędza bawić, no i żeby nie wypaść na ponuraka). Nawet Allenowi już się coraz mniej chce w tej dziedzinie. W filmie, George Simmons bardzo czesto  zwraca uwagę swemu uczniowi uwagę, by się na prostacki dowcip mniej wysilał, a raczej by się w ogóle nie wysilał. By bardziej był sobą, czyli "niegłupkiem", niż udawał pod publikę, że nim jest.

Judd Apatow dotyka także, bardzo delikatnie, kwestii otwartości w relacjach między ludźmi i rolę dowcipu,  jako klucza skutecznie zamykającego drogę tym, którzy by chcieli na taką otwartość się odważyć. Jak często nie potrafimy, boimy się po ludzku rozmawiać o swoich emocjach, o wzruszeniu, lęku, pragnieniach. Bardzo często próbę tego typu wynurzeń, jeśli ktoś na nią się zdecyduje, kwitujemy odpowiednim , cięższym lub lżejszym żartem i po sprawie, wracamy do rechotu, znowu jest łatwo i przyjemnie. Ale czy na takim gruncie buduje się jakiekolwiek więzi?  (scena rozmowy trójki chłopaków - Iry i jego kumpli z pokoju - na wzgórzu, gdy jeden z nich opowiada o śmierci dziadka).

I jeszcze jedna rzecz, dla mnie dość istotna, jakiej struny poruszył, takie mam wrażenie, Apatow. Relacje damsko- męskie - jeszcze całkiem niedawno dziewczyny, kobiety rumieniły się, gdy mężczyzna w ich towarzystwie zrobił jakąkolwiek aluzję w kierunku narządów płciowych, teraz mamy równouprawnienie i  to one same wręcz inspirują męską wyobraźnię w tej materii   - scena z dziewczyną, która odstręcza od siebie Simmonsa, pokazując,  jak wygląda kanapka w wędliną.  Tu autentyczna pani komik wystąpiła. Żeby było jeszcze śmieszniej (?). Jeśli ktoś jeszcze filmu nie widział, to powiem, że trochę tu prawdziwych, grających samych siebie, postaci z amerykańskiego show biznesu się uświadczy - oprócz wspomnianej komik Nicole Parker, z tych których zauważyłam,  pojawia się sam Eminem, RZA, a dla lubiących folk rock - James Taylor.

Polecam ten film ze względu na inteligencję, za zwrócenie uwagi na sztukę kompromisu i negocjacji (tu bezcenne słowa: "Na wierzchu jest gniew, pod spodem jest ból, a pod nim miłość") w relacjach międzyludzkich i na przewrotną sztukę opowieści o durnym dowcipie w mądry sposób.

niedziela, 16 stycznia 2011

Fish Tank - reż. A. Arnold

Kilka, może kilkanaście dni, tyle ile trwa przeciętny urlop, angielskiego człowieka pracy,  z życia nastolatki, mieszkanki typowego blokowiska, które pewnie wygląda tak samo w każdym miejscu na Ziemi. Dlaczego na wstępie wspominam o urlopie, dowie się ten, kto film zobaczy. A myślę, że nie pożałuje. Polecam "Fish Tank" miłośnikom filmów Mike'a Leigha, którego reżyserka Andrea Arnold jest  zapewne wierną i pilną uczennicą.  Mia ma 15 lat,  8-letnią siostrę, z którą wiecznie prowadzi wojny. Ma także, a jakże, matkę. Niestety, nie ma ojca, to znaczy ma - gdzieś, ale tak naprawdę nie ma. Dziewczyny wychowują się same, matka zainteresowana jest przede wszystkim sobą, głównie seksownym wyglądem, by zwabić do siebie kolejnego  absztyfikanta. Szkoda, bo o wiele bardziej wartościowe, są jej córki, niż jej amatorzy przelotnych romansów. Pewnego dnia przyprowadza do domu Connora. Ten oprócz zainteresowania mamusią dziewczyn, przejawia także ciekawość, czym zajmuje się starsza Mia. A Mia osamotniona, na każdym kroku poniewierana przez matkę, w wolnej chwili tańczy hip-hop. Ten taniec jest wszystkim co ma, co daje jej poczucie wartości, chce nawet  wziąć udział w jakimś tanecznym konkursie.  Connor daje jej w prezencie płytkę ze swym ulubionym utworem "California Dream". Czyż można nie zakochać się w takim troskliwym facecie? Tym bardziej, jeśli tak bardzo brakuje dziewczynie ojca? Tym bardziej jeśli jeszcze wygląda jak Michael Fassbender? 

Film robi wrażenie.  Pod wieloma względami. Fabuła, sposób jej poprowadzenia, aktorstwo.  Z początku powolny, z czasem nabiera coraz szybszego tempa, aż do zakończenia, które dla niejednego widza może być dość zaskakujące. Niektórzy mogą wątpić, czy możliwe jest, by istniay takie rodziny, takie matki.  Ja osobiście nie mam średniej przyjemności takich bezpośrednio  znać, ale sądząc po wielu nieszczęśliwych i agresywnych obliczach współczesnych nastolatków, śmiem twierdzić, że takich patologii jest sporo.

Wspaniała jest postać głównej bohaterki. Mia to dzielna dziewczyna, wyrazy podziwu, że mając taką matkę w ogóle chce jej się żyć, zabiegać o jakąkolwiek akceptację, o uczuciach nie wspominając. Na każde dobre słowo, najmniejszy okruch zainteresowania swoją osobą rzuca się jak wygłodniały pies na byle jaką kość. To i się nie ma co dziwić, że pokochała Connora, bardziej pewnie jako uosobienie postaci brakującego ojca, niż mężczyznę.

Strasznie żal tych wszystkich dziewczyn, pochodzących (jak Mia) z zimnego wychowu, niekochanych, nie przytulanych przez rodziców.  Każdy ochłap męskiego zainteresowania przypominający uczucie, a będący tak naprawdę tylko zakamuflowanym pożądaniem, biorą za dobrą monetę i idą za nim jak w dym. 

Jeśli  ktoś twierdzi, że dzieciństwo to najlepszy okres w życiu, niech sobie zobaczy "Fish Tank". Wcale nie potrzeba pochodzić z czarnej rodziny, zamieszkałej w nowojorskich slumsach, mieć matkę pijaczkę, gwałcącego co noc ojca i być z nim w ciąży, jak to na przykład było w "Hej, skarbie" ("Precious: Based on the Novel Push by Sapphire", który to film momentami mi Fish Tank przypominał), by poczuć gorzki smak życia. Oba filmy, opowiadają o tym samym, pomijając już tak fundamentalną sprawę jak brak odpowiedzialności, to także, jak bardzo ludzie dorośli, nie tylko rodzice, nie liczą się z uczuciami dzieci. Egoistyczni, nieempatyczni, zakleszczeni w pretensjach do całego świata, /w tym także nie wiedzieć czemu, do swych dzieci, które powołali do istnienia/ za swój marny los, skazują siebie i swe potomstwo na przeraźliwą samotność, hodując bez końca na swoje podobieństwo kolejne emocjonalne kaleki. A wcale tak wiele nie potrzeba, by te relacje mogły być choć trochę lepsze, dotyk (ten dobry) i odrobina prawdziwego zainteresowania, czym zajmuje się i co czuje mały człowiek. Najpiękniejsza scena filmu to ta właśnie poświęcona dotykowi.  Pożegnalny taniec matki i córki, przed wyjazdem z domu, być może już na zawsze, tej drugiej. Te dwie najbliższe sobie kobiety, nie potrafią nawet w takiej chwili zbliżyć się do siebie. Jedyne do czego są zdolne, to taniec hip-hop. Taniec marionetek, osobny (nie bez powodu taki jest hip hop ), w milczeniu i w bezpiecznej odległości.
 
A jeśli jeszcze pomyśleć o tytule filmu, nie poczujemy się pocieszeni perspektywami opuszczającej "rodzinny" dom  dziewczyny. Symboliczne "Akwarium" (Fish Tank), nie dające nadziei uwięzionej w niej w nim rybce na wypłynięcie na szersze wody. Czyżby piękną, mądrą, dobrą Mię czekał taki los? Czy uda jej się wyrwać z ograniczeń w jakie wpędziło ją pochodzenie i byle jaka, zimna matka? Na szczęście nie dostajemy odpowiedzi na to pytanie, możemy więc mieć nadzieję, że kiedyś jej  marzenia nie zmienią się w gorycz i utracone złudzenia.

sobota, 15 stycznia 2011

Głód - reż. S. McQueen

Rzecz dzieje się w Irlandii Północnej.  Jest rok 1981. Miejsce akcji to więzienie, w którym wraz z innymi członkami organizacji IRA, odsiaduje karę Bobby Sands. Staje on na czele protestu głodowego i czystościowego, ktorego celem jest uzyskanie dla osadzonych statusu więżnia politycznego, miast kryminalnego, pod jakim zostali uwięzieni podczas zamieszek z policją.
Sprawa ta odbiła się bardzo szerokim echem w Wlk. Brytanii, a Sands w czasie strajku został wybrany na posła do Izby Gmin. Zmarł po 66 dniach. Oprócz Sandsa - zanim strajk został przerwany - zmarło także 9 innych głodujących więźniów.

To co się rzuca w oczy przede wszystkim po zobaczeniu "Głodu" to to, że jest to film przepięknie nakręcony (zdjęcia -Sean Bobbitt). Pełna asceza jak na obraz o więzieniu przystało. Z kolorów dominują szarości, do tego stopnia, że musiałam chwilę pomyśleć, przed pisaniem tych słów, czy był kolorowy. Tak, był. Krew była czerwona, woda w więziennej wannie, w której obymwano po przesłuchaniu ciało Bobbyego Sandsa, była różowa. Bobby Sands (rewelacyjna rola Michaela Fassbendera) miał niebieskie oczy i rudawy zarost itd.

Statyczne i długie ujęcia, wspaniałe artystyczne wręcz kompozycje kadrów, z których wiele mogłoby brać udział w jakichś wystawach fotograficznych. Na dodatek estetyzacja ludzkiej  fizjologii - przed protestem głodowym osadzonych (tak jak wspominam we wstępie) ma miejsce protest za pomocą nagości i brudu - zamknięci w celach nie godzą sie na założenie więziennych uniformów, załatwiają się na podłogę, a z ekskrementów tworzą kompozycje malarskie na ścianach. Wszystko to w zestawieniu jeszcze z praktykami potwornego poniżania i upodlania człowieka przez aparat państwowy, w majestacie prawa, robi niesamowite wrażenie.

A idzie tylko, albo aż, zależy z czyjego (irlandzkiego czy brytyjskiego) punktu spojrzeć na sprawę, o dwa słowa "więzień polityczny", jakich domagają się pojmani terroryści, czy dla innych -  bojownicy IRA, na określenie powodów ich osadzenia.

Nie chcą, by ich zabójstwa były podciągnięte pod pospolite przestępstwa kryminalne. Hm, tu jest sprawa sporna, każdy spojrzy na nia po swojemu. Ja nie będę stała ani za IRA ani za panią M. Thatcher - bo żeby kogoś oceniać, jak mówią Anglicy, trzeba pochodzić jakiś czas w jego butach.
Nie wiem jakie intencje kierowały twórcą (debiutujący reżyser i współscenarzysta czarnoskóry Steve McQueen, wcześniej znany jako artysta plastyk, malarz), nie można ich jasno odczytać z filmu, czy jest za, czy przeciw tym protestom głodowym, zakończonych przecież śmiercią 9 osób.  W brytyjskim więzieniu nie karmiono głodujacych na siłę (tak jak to miało miejsce w przypadku np. strajkujacych głodowo członków Baader-Meinhof w Niemczech, tam karmiono ich, wbrew ich woli,  jak gęsi, wpychając jedzenie do przełyku), patrzono jak umierali, dbając,  by im niczego nie brakowało przed śmiercią, na przykład ich wychudzone, zamierajace ciała, okrywano, o ironio!, ciepłymi bielutkimi, kołdrami, czy futrami.

Niektórzy, być może, odbiorą ten film jako obraz męczeństwa "za sprawę". Ja nie miałam takiego wrażenia. Mimo, że nie pokazano w ogóle działalności terrorystycznej Sandsa i jego kompanów. Cały czas pamiętałam, jednak, że znalazł się w więzieniu za zabójstwa. Wszystko jedno czy polityczne, czy nie. Zresztą, wiadomo, jak łatwo jest podszyć wszelką działalność zbrodniczą pod etykietkę politycznej. Widać, ci faceci, nie mogli przestać walczyć, nawet w więzieniu. Narażali sie na straszne szykany, później w okropnych cierpieniach umierali z głodu, w imię tytułów, nazw, mianowań. Ja w każdym razie, nie czułam jakiegoś wielkiego poparcia dla Sandsa i  akcji głodowej. Bardziej stałam po stronie jego przyjaciela księdza (Liam Cunningham). Ich rozmowa to istny majstersztyk aktorski. Jedna scena, jedno ujęcie - trwało 22 minuty, nie chciałam wierzyć, że aż tyle, bardzo szybko minęła. Nie czułam poparcia dla Sandsa,  ale też i nie potępiałam (przypominam - buty!), że skazał siebie i swoich współwięźniów na taką śmierć. Na usta jednak cisnęło się pytanie, czy to było konieczne?