poniedziałek, 29 marca 2010

The Road - reż. J. Hillcoat

Czekałam z niecierpliwością na ten film, bowiem "Propozycja" Johna Hillcoata urzekła mnie całkowicie - jeden z piękniejszych filmów, choć taki brudny - zarówno pod względem obrazów jakie nam się przewijają przed oczyma, jak i marności człowieczej. "The Road" pod  względem owego właśnie brudu na pewno dorównuje "Propozycji". Oglądamy fragment świata po zagładzie. Jakiej – dokładnie nie wiemy. Widzimy jedno - jest brzydko, totalna degrengolada  - kataklizm pod każdym względem, przerażająca pustka, a jeśli gdzieś pojawią się ludzie, to raczej tylko w charakterzy kanibali, polujących na coś do zjedzenia.  Smutek, rezygnacja, brak wiary w jakąkolwiek przyszłość, nawet fundament do tej pory nienaruszalny czyli rodzina - ulega prawie rozpadowi. Prawie, bo jednak ojciec (Viggo Mortensen), nie matka (sic !), nie poddaje się, nie ulega post apokaliptycznemu marazmowi, wprawia siebie i ocalałe dziecko w nieustający ruch - wędrując bez celu, cały czas przed siebie,  aby tylko żyć. Czy warto było się tak męczyć? W końcu i tak na każdego u kresu drogi czeka  śmierć.  Czy nie lepiej było skrócić cierpienia, jak matka (Charlize Theron) i odejść nie podjąwszy próby życia, nawet jeśli sięgnęło ono dna.  Na to pytanie, każdy musi odpowiedzieć sobie sam.

Przemierzających dziesiątki kilometrów ojca i syna spotykały zarówno dobre jak i złe chwile. Syn dzięki wędrówce poznał dokładnie swego ojca - doświadczył jego wielkiej miłości, ale jednocześnie był świadkiem jego wielkiego okrucieństwa i desperacji, gdy zaszła potrzeba bronienia życia dziecka. Chłopiec zobaczył po raz pierwszy morze, wielkie i niepokonane, a ojciec, nie bacząc na nic, rzucił się niczym w czasach wakacji, w jego głębię, ale... tym razem nie wyłowił dla syna pięknej muszelki. Niestety, często bywało, że mały człowiek doznawał na własnej skórze, albo był świadkiem wielkich nikczemności. W końcu przyszło mu także  przekonać się , że człowiek tak czasem bezduszny może być także bezinteresowny i szlachetny . Bywały chwile, gdy odzywał się w chłopcu zew istoty stadnej, gdy czuł bezbrzeżną niczym pustkowie, po którym krążyli,  tęsknotę za  kimś podobnym sobie – dla chwili, by pobyć choć trochę ze swym rówieśnikiem był gotów do walki z własnym ojcem. Jednym słowem,  chłopak przeszedł szkołę życia, u boku ojca, mężczyzny. Co w dzisiejszym świecie, naszej cywilizacji, nie zdarza się przecież tak często. Dzieci, synowie, zazwyczaj wychowywani są pod okiem matki, podczas, gdy ojcowie zajmują się wszystkim, tylko nie przyuczaniem do życia swych synów. Apokalipsa zmieniła o 180 stopni bieg rzeczy.

 „The Road”  to niesamowita opowieść o ojcu i synu w drodze, mężczyźnie i chłopcu, będących blisko siebie, i życia, tak jakby nigdy nie byli, gdyby nie trzeba było o życie walczyć.

poniedziałek, 22 marca 2010

Precious: Based on the Novel Push by Sapphire - reż. Lee Daniels

Na 16-letnią  Clareece "Precious" Jones spadły wszystkie nieszczęścia świata. Pochodzenie i miejsce urodzenia – afroamerykańska patologiczna rodzina w nowojorskim Harlemie,  150 kg żywej wagi, pełna nienawiści do córki oraz całego świata matka i ojciec gwałcący ją regularnie od 3 roku życia. Chciałoby się też w tym miejscu, jako dopust Boży, dodać dwójkę dzieci z własnym ojcem,  w tym jedno z Zespołem Downa, ale .... to właśnie owe dzieci są największym szczęściem, miłością i sensem życia Clareece. Nie wiadomo, jak potoczyłyby się losy tej wrażliwej i w gruncie rzeczy zdolnej dziewczyny, gdyby nie druga ciąża, a z nią zainteresowanie dyrektorki szkoły  stanem dziewczyny i odesłaniem jej do szkoły specjalnej pod jakże poetycką i wiele obiecującą nazwą:  „Nauka nie musi być torturą”. Jak się okazuje, Clareece trafia prawie do nieba, a jej aniołem stróżem zostaje nauczycielka czytania i pisania panna Rain. Do opieki nad Clareece włącza się także pracownica opieki społecznej pani Weiss (Mariah Carey – nie do poznania, do samego końca zastanawiałam się, skąd ja tę panią znam). W nowej szkole, pod wezwaniem żadnego świętego, ale za to z obietnicą nauki bez tortur, Clareece musi włozyć dużo wysiłku w oswojenie  się z grupą dziewczyn, z którymi przyjdzie jej zdobywać podstawową wiedzę z zakresu czytania, pisania i liczenia.  Oczywiście, na początku olbrzymia tusza, niekontrolowane wybuchy złości, gniewu jako reakcja na najmniejszy przejaw krytyki, nie ułatwiają jej kontaktów z koleżankami. Na szczęście, tu wszystkie dziewczyny są dziwne i wszystkie po rozmaitych przejściach, nie ma więc mowy, o jakichś większych urazach, dąsach itp.  A co najważniejsze, nad wszystkim, a głównie nad dobrym samopoczuciem i gotowością otwarcia się na świat swych podopiecznych czuwa prześliczna i anielsko cierpliwa panna Rain (Paula Patton).

Ogólnie film z bardzo pozytywną energią, choć, paradoksalnie, mnóstwo w nim scen przemocy domowej, wulgaryzmów, jakimi obrzucają siebie nawzajem matka z córką. Niedawno widziałam estońską „Naszą klasę” z negatywnym (co nie znaczy, że nie niesłusznym) odczuciem jaki film pozostawia w stosunku do młodzieży, nauczycieli, rodziców – chodzi o brak porozumienia, dobrej woli i odwagi w pomocy , a wcześniej w rozeznaniu kto wśród szkolnego tłumu potrzebuje prawdziwej pomocy. W „Precious” mamy sytuację odwrotną, czujność dyrektorki szkoły,  dobre słowo nauczyciela matematyki (jak czasem mało potrzeba, by dodać komuś skrzydeł)  a później opiekunów i nauczycielki w szkole specjalnej, pomoc rówieśniczek w pokonywaniu najtrudniejszych chwil Clareece – przynoszą sukces i Clareece odzyskuje człowieczeństwo, którego pozbawiła jej własna matka.  A dzieci spłodzone przez własnego ojca nie będą przeszkoda w jej dalszym życiu, wręcz przeciwnie – nadadzą mu jeszcze większy sens.

Na chwilę uwagi zasługuje również postać matki, Clareece, zagranej rewelacyjnie przez Mo”Nique. Za tę kreację zdobyła zresztą Oskara w kategorii aktorka drugiego planu. Postać tragiczna. Jej bierna postawa wobec losu, powoduje że zarówno swoje jak i córki życie spisała na straty. Nie walczy ani o siebie, ani o Clareece, robi z siebie ofiarę, pragnie wzbudzać litość i współczucie, także po to by uzyskać finansowe wsparcie od instytucji opiekuńczych. Jej jedynym zajęciem jest oglądanie telewizji, jedzenie i użalanie się nad sobą, a w międzyczasie poniewieranie córką oraz jej  tuczenie, by nie podobała się mężczyznom, także swojemu ojcu. Jakieś monstrum stworzone z kobiety, której nikt nie dał ani nie nauczył miłości. Na szczęście Clareece, choć też niekochana, gwałcona fizycznie i mentalnie przez swoich rodziców,  zachowała resztki instynktu samozachowawczego, a na dodatek intuicyjnie wyczuwała dobrych ludzi i potrafiła czerpać siłę choćby z najmniejszego przyjaznego gestu  jakimi ją obdarzali.

Co wyróżnia „Precious” wśród innych filmów o podobnej tematyce? Na pewno postać głównej bohaterki, jej wiara w lepsze życie – ona ciągle, nawet w najgorszych momentach życia nie załamuje się i  wierzy w dzień, kiedy spełnią się jej marzenia. A ich wizualizacja w trakcie gdy doznaje upokorzeń ze strony najbliższych sprawia, że nie broni się przed aktami gwałtu, ale i nie umiera za każdym razem, gdy się jej go zadaje – bywa bowiem wtedy największą piosenkarką świata, albo właśnie odbiera Oskara za najlepszą rolę lub śpiewa i tańczy w chórze gospel albo jest córką prawdziwej damy i właśnie wspólnie spożywają wykwintną kolację.  Ta dziewczyna posiada naprawdę niesamowita intuicję, która podpowiada jej co ma robić, by przetrwać.
Poza tym film odznacza się się bardzo dynamicznym sposobem realizacji – krótkie ujęcia, szybkie przybliżenia, komentarz kadrów z off-u z ust głównej bohaterki – forma pamiętnika zostaje zachowana. No i zupełnie bezkompromisowe ukazanie relacji w patologicznej rodzinie – nie ma żadnego owijania w bawełnę,  jesteśmy świadkami koszmaru, jakie dane jest przeżywać milionom dzieci w rodzinach, gdzie  traktowane są jak narzędzia  do zaspokajania najróżniejszych potrzeb i świadczenia wszelkich usług, począwszy od seksuanych po zarobkowe – tu dobrze pokazane, jak można oszukiwać służby socjalne wizytujące taką rodzinę starajacą się o zasiłki wychowawcze.

I jeszcze słowo o aktorce występującej w roli Clareece -  Gabourey Sidibe, również nominowanej do Oskara (główna rola kobieca), ale bez wygranej. To świetny debiut, który wykorzystując sporą tuszę dziewczyny, starali się zdyskredytować niektórzy ludzie, m.in. znany w USA dziennikarz radiowy Howard Stern. Ten pan pnazwał ją "najpotężniejszą, grubą czarną dziewczyną, jaką kiedykolwiek widział". Stern stwierdził także, że będzie jej trudno dostać role w Hollywood ze względu na jej rozmiary.  No i fajnie, że facet dzięki niej poszerzył sobie horyzonty i że podzielił się swoją świeżo nabytą wiedzą ze światem. A jego proroctwa, raczej się nie spełnią, bo ta aktorka-amatorka ma już podobno rolę w kolejnym filmie - "Yelling to the Sky". A ja życzę Gabourey, żeby sobie wyglądała jak chce, albo jak nie chce ale musi. A po wyczerpaniu propozycji do ról charakterystycznych niechby się zawzięła i pokazała temu chudemu białasowi z mikrofonem, na co ją stać, nie tylko pod względem aktorskim. A  może dlatego tak dobrze wcieliła się w rolę Precious, bo wiedziała czym jest  upokorzenie z własnego doświadczenia. I znowu,  jak to mówią,  klęskę udało się przekuć w sukces. :)

piątek, 5 marca 2010

Frontiere(s) - reż. Xavier Gens

Nie jestem miłośniczką horrorów, to sie wie, patrząc choćby na spis filmów przeze mnie opowiedzianych. Horrory natomiast lubi A.,  tak więc w ramach zbliżania pokoleń, od czasu do czasu zerknę na produkcję spod znaku gore. No i tak trafiło któregoś wieczoru na „Frontiere(s)”. Wcześniej, na forach obijały mi sie o oczy strzępki jakże skrajnych opinii, z przewagą tych, że film beznadziejny. A moim zdaniem, nie było tak źle, czego dowodem może być fakt, iż wytrzymałam do końca bez zmrużenia oka, czasem tylko z lekka podśmiechując sie pod nosem, jak to zazwyczaj na horrorach. Podejrzewam, że twórcy mieli ambicję, by przekazać widzom coś więcej, niż tylko bezmyślną jatkę. Akcję filmu umieszczono bowiem w konkretnych politycznych realiach, czyli podczas rozruchów  na przedmieściach Paryża, w dzielnicach  zamieszkanych głównie przez imigrantów – muzułmanów, które wybuchły tuż po wyborze Nicolasa Sarkozy’go.  Punktem zapalnym zajśc było zabójstwo przez francuskich policjantów  młodego motocyklisty. Scenami, jakie pamiętamy z telewizyjnych sprawozdań - ulicznych potyczek i podpalanych samochodów, zaczyna się przygoda czwórki bohaterów – trójki śniadolicych młodzieńców i ich koleżanki Yasmine, będącej w ciąży z jednym z nich. W zamieszkach zostaje postrzelony jeden z kumpli, trzeba go zawieźć do szpitala, ale to nie jest bezpieczne – w Paryżu wre, każdy ranny, a tym bardziej wyglądający na imigranta ze Wschodu, będzie miał, można przypuszczać, kontakt ze służbami bezpieczeństwa.  A to jak wiadomo, wiąże się z poniesieniem konsekwencji za udział w poważnej, nabierających politycznych rumieńców, rozróbie. Zapada decyzja - rannego podrzucić do szpitala, po czym dać nogę za granicę, a dokładnie do Holandii (drugiego sporego skupiska muzułmańskich przybyszów)
 
Oczywiście, jak na horror przystało, uciekinierzy natykają się na swej drodze na podupadłe, opuszczone obiekty.  Tym razem mamy do czynienia z nieczynną kopalnią, a wcześniej z podejrzaną gospodą, którą zawiaduje szalona rodzinka, z siostrami erotomankami i bucem z wielkimi mięśniami, ich bratem, na czele. No i się zaczyna – "goście" przybyli do zajazdu tak dostają za swoje, że pewnie zazdroszczą w duchu "poległemu" w walkach ulicznych koledze (bo w końcu zmarł tuż po spotkaniu z personelem szpitalnym)  tak spokojnej śmierci. Chłopcy, przed katuszami jakie zgotował im papcio rodziny,  nazista z zamiłowania i przekonania, zamieszkujący pobliskie podziemia kopalni, otrzymują z rąk (i nie tylko) dziewczyn, kilka chwil seksualnej rozkoszy, po czym trafiają pod rzeźnickie noże personelu nazisty. Stamtąd część ich członków ląduje na stole w postaci pieczeni, reszta zaś w zamrażarkach. Ciężarna Yasmine ma więcej szczęścia.  Ojciec Von Geisler, czyli wspomniany nazista- kanibal, postanawia ochronić ją, a raczej jej brzuch, w celach hodowlano- eksperymentalnych (pewnie spodziewał się wyhodować w przyszłości rasową mieszankę piorunującą). 
 
Film w kontekście zetknięcia starego, stojącego nad grobem faszysty z dorodną latoroślą pochodzenia muzułmańskiego nabiera szczególnych smaczków. Szczególnie, że piękna Yasmine musi się taplać w świńskiej gnojówce, a młodzieńcy jeden po drugim wieszani są na hakach głową w dół i sprawiane niczym wieprzowe tusze przed trafieniem na rzeźnicki stół. 
 
Nie będę już więcej nawiązywać do fabuły, bo to byłoby bardzo nie fair wobec tych, którzy jeszcze tego filmu nie znają, a może pokuszą się na seans po przeczytaniu tej recenzji. Podsumowując więc – „Frontiere(s)” to film typowy  w swym gatunku. Było i śmieszno, i straszno, i obrzydliwie, czyli jak na prawdziwy horror przystało. Ale nie tylko... Było także uwodzicielsko. No tak, naprawdę. W końcu nie wygasiłam filmu po 15-20 minutach, a to głównie za sprawą pięknych kobiet cierpiących rany zadane im przez brzydkich, opasłych i obleśnych mężczyzn. Te niesamowite kobiety – trzy siostry Eva, Klaudia I Gilbert , będące na usługach zidiociałego ojca oraz Yasmine, która wpadła w ich sidła tworzyły uroczy kwartet, złożony z dwóch duetów – Klaudia i Gilbert to dziwki -siepacze bez skrupułów wypełniające polecenia męskiej części rodziny oraz Yasmine – matka in spe i kaleka Eva, wielkooka, z wydatnym garbem matka dwójki niedorozwiniętych nazistowskich pociech, ukrytych w podziemiach kopalni. 
 
I jakże optymistyczny, chrześcijański wydźwięk na zakończenie!  A co tam, zdradzę, bo muszę jakoś zgrabnie wykończyć tę moją notkę – matki wygrywają, pokonują tych zabawnych białych facetów, te góry mięcha do zabijania (ci śniadzi, zostali wcześniej przez nich zjedzeni). Jedna z nich będzie nadal trwać przy swych nieszczęśliwych dzieciach w kopalni, a druga, śniadoskóra Yasmine ... i tu zawieszę palec nad klawiaturą.

wtorek, 23 lutego 2010

The Hurt Locker. W pułapce wojny - reż. K. Bigelow

Ten film  na pewno jest interesujący, głównie ze względu na "kobiecy" punkt widzenia na wojnę jako męską grę, jako cel, możliwość istnienia w ciągłym napięciu, balansowania na granicy życia i śmierci, dotykania niemal absolutu, bycia Bogiem, w rękach którego leży decyzja o życiu bądź śmierci innych istnień ludzkich,  jako możliwość trwania w poczuciu absolutnego bezprawia, gdzie zwycięża tylko i zawsze silniejszy. 

W tym momencie przypomina mi się "9 kompania" i postać młodego inteligenta, artysty malarza, który zaciągnął się na wojnę w Afganistanie. Prości żołnierze pochodzący z rosyjskich wiosek,  pytają go, dlaczego właśnie on, wykształcony, utalentowany facet, zdecydował się na taki ryzykowny, nieprzystający zupełnie do jego wydelikaconego wizerunku, krok. A on im odpowiada anegdotką: Michał Anioł na prośbę, by zdradził tajemnicę, jak to się dzieje, że spod jego ręki wychodzą tak wspaniałe dzieła, powiedział, iż to żaden sekret, on bierze tylko bryłę doskonałego surowca jakim jest marmur i usuwa z niej to co zbędne. Podobnie jest w przypadku wojny, rzecze ów niedoszły następca włoskiego artysty, w niej leży  sama doskonałość, nie ma w niej nic zbędnego, jest tylko życie i śmierć.”

Widzowie, udzielający się na forach filmowych, są lekko oburzeni, iż Kathryn Bigelow, zaszła tak wysoko w przeróżnych festiwalowych notowaniach (ostatnio nagroda BAFTA za najlepszy film), idąc łeb w łeb, a nawet czasem wyprzedzając swego byłego męża Camerona i jego nowatorski AVATAR. 

A ja, czym dłużej myślę o tym filmie, tym bardziej zaczynam rozumiec decyzję jurorów, nagradzających reżyserkę.  Przecież, tak na dobrą sprawę, takiego filmu o wojnie jeszcze nie było. Zazwyczaj wojnę przedstawia się jako zło, koszmar - trup ściele się gęsto, żołnierze przeżywają traumy, otrzymują okrutne rozkazy, zabijają niewinnych ludzi, a jeśli przeżyją wracają do domów okaleczeni psychicznie i fizycznie. Taką wojnę, o ironio, ukazywali mężczyźni, ci którzy wojny organizują. Tak jakby chcieli zadośćuczynić swemu gatunkowi, uspokajając męskie sumienia – siejemy spustoszenie, ale zdajemy sobie z tego sprawę, że to jest „be”.  A tymczasem, kobieta postanowiła ukazać wojnę jako swoistą używkę, coś bez czego niektórzy mężczyźni nie potrafią żyć. No bo czyż tak nie jest? Jeśli by faktycznie wojny były takie złe i niepotrzebne, to mężczyźni by ich nie wywoływali i tak ochoczo w nich nie uczestniczyli. Wielu z nich spełnia się na polu bitwy tak, jak by się nigdy nie spełnili w roli mężow i ojców./ Nie wspominając już, bo o tym film nie traktuje, o korzyściach ekonomicznych, jakie wyciągają z wojen panowie trzymający przemysł zbrojeniowy, i inne, w swych rękach.

Bigelow wybrała do swej opowieści o wojnie jako śmiertelnym uzależnieniu  historię saperów, czyli tych, którzy na ogół nie zabijają,  wręcz przeciwnie - ratują życie, nawet (przy okazji) wrogom. Trójka głównych bohaterów – sierżanci James, Sanborn i specjalista Eldrige,  nie splamiła się jakimś szczególnym okrucieństwem, zabijają tylko w obronie własnej (scena na pustyni), i to z dość dużym obrzydzeniem.  W kontaktach z Irakijczykami są nadzwyczaj uprzejmi, ba, nawet momentami przyjaźni. Czasem są zbyt nerwowi, ale to zrozumiałe, ich praca jest wyczerpująca, poza tym nie są na swoim terenie, otoczeni są przez potencjalnych wrogów, czyli tubylców, ktorzy ich do siebie przecież nie zapraszali. Na ekranie panuje raczej cisza (wiadomo – taka robota, skupienie rzecz najważniejsza), przerywana od czasu do czasu detonacją rozbrajanych ładunków. Nie ma krwi, latających części ciała. Po prostu- sielanka. Ale tylko na pozór –bo przecież poziom adrenaliny podczas kolejnych akcji podejmowanych przez „świra” Jamesa, który gotowy jest nawet grzebać we wnętrznościach zabitego irakijskiego chłopca, by wydobyć z nich wybuchową niespodziankę,  sięga zenitu,  nie tylko u saperów, także u widzów. Być może własnie tak odmiennym sposobem przedstawienia wojny Bigelow urzekła jurorów. Wojna bez ideologii, bez nienawiści, bez obwiniania kogokolwiek. Po prostu - wojna jako rodzaj niebezpiecznego uzależnienia, stajemy się świadkami quasi narkotycznych transów sapera Jamesa, z boku mogących wyglądać nawet na bohaterstwo, które w każdej chwili mogą skonczyć się śmiercią, nie tylko dla niego. Takiego „niewinnego”, wręcz sympatycznego, obrazu wojny wywołanej przez Amerykanó i ich sojuszników, w historii kina chyba jeszcze nie było. Narkotyk (tu - wojna) szkodzi głównie użytkownikowi (czyli agresorowi), cierpienia innych to tylko skutki uboczne. Przewrotny obraz, tylko nie jestem pewna, czy celowo, czy przypadkiem. :)

Jakby nie było, można ten film polubić lub nie, ale jedno mu trzeba przyznać - saperzy do tej pory w kinematografii wojennej byli traktowani po macoszemu. Wreszcie, ktoś poświęcił im cały obraz.  Myślę, że całkiem słusznie. Ich służba nie należy do widowiskowych, no chyba, że się pomylą, ten jeden raz. Nie oglądamy na codzień reportaży z pola działań saperów, są na uboczu wojny, cisi, skupieni na drucikach, kabelkach, przyczajonych w ziemi, doceniani, jedynie przez tych, którym uratowali życie czy zdrowie.

Być może i stąd, z tego uszanowania cichych bohaterów wojen, wziął się pomysł Bigelow, by główne role obsadzić aktorami mało znanymi, a gwiazdy typu Ralph Fiennes, David Morse, czy Guy Pearce umieścić w ledwo zauważalnych epizodach. 

Z pewnoscią wg niektórych „The Hurt Locker” nie dorównuje rozmachem „Avatarowi”, czują się zawiedzeni honorami jakie spotykają Bigelow, ale być może inni niektórzy spragnieni są już choć chwili z dala od zgiełku tłumu (także tego wojennego) i tych spektakularnych bohaterów przez tłum wielbionych.

piątek, 5 lutego 2010

"Boisko bezdomnych" - reż. K. Adamik

Jacek Mróz (świetny, jak zawsze M. Dorociński)– były piłkarz reprezentacji Polski wskutek kontuzji nogi i alkoholizmu związanego z degradacją w branży, wyrzucony z domu przez żonę Ewę (naprawdę ciekawie prezentujaca się Maria Seweryn), chcącą w ten sposób nakłonić męża do terapii, ląduje, wiedziony róznymi zbiegami okoliczności, na warszawskim Dworcu Centralnym. Włócząc się po peronach i przejściach podziemnych trafia na podobnych sobie, grupę mężczyzn usiłujących zabić czas kopaniem czegoś, co ma wygląd piłki. Przewodzi im niejaki Indor, były marynarz żeglujący na statkach towarowych czyli Eryk Lubos,  aktor budujący spokojnie i konsekwentnie swą karierę od czasu występu w sztuce P. Wojcieszki „Made in Poland” (gdzie brawurowo zagrał rolę naiwnego buntownika Bogusia). Jacek początkowo nie przyznaje się przed swymi nowymi znajomymi do swego piłkarskiego życiorysu.  Przystaje natomiast na propozycję przespania się w noclegowni. Oczywiście, jest jeden warunek – trzeźwość. Tam poznaje resztę swej przyszłej drużyny, której niebawem zostanie trenerem i doprowadzi na międzynarodowy  turniej piłki nożnej odbywający się w Niemczech. Nie będzie to łatwa praca.  Każdy z mężczyzn to jakaś indywidualność, mający swoje przyzwyczajenia, nawyki, fobie, niełatwo poddający się rozkazom, w końcu to często brak pokory przywiodł ich w miejsce, w którym mamy przyjemność ich poznać.  A wachlarz zawodów, środowisk, z jakich się panowie wywodzą, jest dość różnorodny:  ksiądz alkoholik (tu przewrotnie zaangażowano Jacka Poniedziałka), jest Minister, jest Wariat, Mitro (Ukrainiec z pochodzenia), Górnik, a wraz z nimi cała parada naprawdę dobrych aktorów polskich – oprócz wspomnianych wyżej Poniedziałka, Lubosa, Dorocińskiego mamy B. Topę (porucznika Mroza z „Domu Złego”), jest M. Kalita,  K.Kiersznowski i Maciej Nowak –bardziej  znany jako smakosz i tester polskich restauracji niż aktor, radzący sobie całkiem dobrze przed kamerą.

Fabuła filmu nie jest specjalnie skomplikowana. Jej atrakcyjnośc zasadza się głównie na bogactwie i barwności  typów ludzkich, jakie przewijają się przez ekran, czyli boisko, bardzo dobrze zagtranych, bez cienia fałszi czy sztuczności. A także na rozmaitych scenkach rodzajowych związanych z życiem codziennym, i niecodziennym – treningi, wyjazd za granicę, ludzi wyrzuconych na margines.. Oczywiście postaci są tak skonstruowane, że mimo swych dziwactw, niepochlebnych życiorysów, potknięć, a nawet pewnej degrengolady w niektórych przypadkach, budzą naszą niekłamaną  sympatię. Kibicujemy tym dużym chłopakom ćwiczącym na boisku, ale takż w  ich walce z alkoholizmem, w której zdani są tylko na własne siły, nie stać ich przeciez na terapię. Różne są skutki tych zmagań, ale ważne, że w ogóle im się chce,  ważne, że od czasu do czasu dają radę, czego widocznym i całkiem miłym, zaskakującym ich samych także, efektem, jest wyjazd na międzynarodowy turniej bezdomnych.

Bardzo sympatyczny film, z jasnym i pozytywnym przesłaniem -  każdy z nas nie zna dnia ani godziny, dziś mamy i jesteśmy, jutro możemy nie mieć, ale nadal możemy być. Czasem koniec, wyznacza początek nowego.
Dobre aktorstwo, dobra muzyka (Antoni Łazarkiewicz), zupełnie przyzwoite, często dowcipne dialogi – to trzeba podkreślić - „Boisko bezdomnych” posiada sporą dawkę dobrego humoru. Uważam, że jak na drugi film początkującej reżyserki Kasi Adamik, córki świetnej reżyserskiej pary, A. Holland i L. Adamika – wyszło bardzo dobrze. Niektórzy malkontenci mogą się krzywić, że znowu bida z nędzą na ekranie, Marud, a szczególnie wśród polskich widzów polskich filmów nie brakuje. Mnie ten film dał dużo radości i pozytywnej energii i za to twórcom (wszystkim) bardzo dziękuję.

poniedziałek, 1 lutego 2010

"Lektor" - reż. S. Daldry

Oceniam ten film, jako przyzwoitą robotę, w której zgrabnie połączono przyjemne z pożytecznym, czyli inicjacją seksualną 15latka z dojrzała ponad 40-letnią kobietą wpleciono w temat odpowiedzialności tzw. "prostych" Niemców, za udział w zbrodniach hitlerowskich. Jeśli do tego dołączyć analfabetyzm Niemki – strażniczki obozowej i łączący się z nim jej wstyd oraz wielkie zamiłowanie do literatury – mamy całkiem przyjemną opowieść o wojnie i holocauście.
Jeśli ktoś faktycznie chce poznać poważne rozważania na temat, "jak to było urodzić się Niemcem w nieodpowiednim czasie", niech lepiej sięgnie po ksiązke „Łaskawe” Littela, który uprzedza czytelników już na wstepie "nie myślcie sobie, ze jesteście lepsi, mieliście tylko więcej szczęścia". W tym kontekscie przytocze pytanie jakie zadaje Hanna Shmitz, sędziemu, drążącemu ją , dlaczego nie otwprzyła drzwi zamkniętym w kościele kobietom, skazanym na spalenie – „ja byłam za nie odpowiedzialna, miałam je doprowadzić na miejsce, do obozu, gdyby otworzyła drzwi kościoła, wszystkie by uciekły. Czy pan sędzia postąpiłby inaczej, czy może „jak pan sedzia by postąpil?”. Sędzia oczywiście nie miał obowiązku udzielać podsądnej odpowiedzi.

W ogóle, uważam, że jedną z najlepszych sekwencji w filmie, jest proces Hanny Schmitz, a dokładniej - dyskusje profesora ze studentami prawa. Podczas nich padło bardzo istotne zdanie: „Nie ważne, czy uważamy dany czyn za naganny, ważne czy był on zgodny z prawem, z prawem epoki w którym zaistniał.

Film nie zrobił na mnie ogromnego wrażenia. Ot, oryginalny – z uwagi na różnicę wieku, ale nie tylko bo także pochodzenia i wyksztalcenia, dzielącą kochanków – melodramat. A żeby było jeszcze ciekawiej - umiejscowiony w Niemczech, tuż po wojnie, by pokazać czkawkę, jaka Niemców czasem dopadała za ich wojenne grzechy.

Wydaje mi się, że efekt filmu zepsuło pieczenie dwóch pieczeni na jednym ogniu. Niepotrzebnie Daldry połączył dość banalny melodramat z tak poważną tematyką jak zbrodnie hitlerowskie, tym bardziej, że miłosno-seksualna sekwencja, była znacznie dłuższa i całkowicie przytłoczyła dramat społeczno-polityczny. Pojawił się syndrom zgagi, czyli niespodziewany niesmak i pieczenie w gardle po smacznym jedzeniu.

Niemniej, w celach rozrywkowych, film warto zobaczyć. Nie był to zmarnowany czas, także ze względu na obsadę głównych ról. Chociaż, nie do końca, bo David Kross, jako 15 letni kochanek, nie bardzo mi przypadl do gustu. Trudno było zrozumieć, co Hannę Schmitz urzekło w tym niedorostku. I to nawet nie chodzi, o to, że nie miał urody Johhnego Deppa, on nie miał żadnego wdzięku. Domyslam się, że tak miało być, że to Hanna miała znowu górować, tak jak kiedyś górowała nad kobietami w obozie. To ona miała temu związkowi nadawać ton, to chłopak miał się bardziej zakochać w niej niż ona w nim, by mogła go kiedyś bez bólu porzucić, kolejny raz zerwać z przeszłością, by nie przyznać się do swego kalectwa, za jaki uważała swój analfabetyzm. Nie było to jednak przekonywujące, tym bardziej, że trudno było zrozumieć jej analfabetyzm, bez nakreslenia charakterystyki tej kobiety – znamy tylko w przyblizeniu jej wiek, nie znamy pochodzenia, żadnej historii, dlaczego żyjąc w Niemczech ponad 40 lat nie nauczyła się czytać ani pisać, jakieś kuriozum. Zupełnie papierowa postać, wycięta li tylko na potrzeby urozmaicenia scenariusza.. Natomiast Fiennes jako dorosły Michael - jest ok, choć znam jego lepsze role.
Jednym słowem warto, czemu nie, ale "Lektorowi" do najlepszego filmu Daldry'ego "Godziny" jest bardzo, bardzo daleko.

czwartek, 28 stycznia 2010

Czas, który pozostał - reż. F. Ozon

Kolejny film F. Ozona, świetny, w jego klimacie, opowiadający jak zwykle o relacjach rodzinnych, o nieuniknionej stracie, która wpisana jest w ludzki los.
Już w pierwszej scenie filmu dowiadujemy się, że nasz bohater, przystojny, 34-letni gej,  bardzo obiecujący fotografik ( moda ), o imieniu  Romain (bardzo dobry Melvil Poupaud) skazany jest na rychłą śmierć. Ma bardzo złośliwego, mocno zaawansowanego raka.  Szanse na wyleczenie są poniżej 5%. Decyzję co do leczenia lekarze zostawiają swojemu pacjentowi. Romain rezygnuje, zamiast leżeć w szpitalu, tracić włosy, wagę, woli jeszcze trochę pożyć i uregulować pewne sprawy ze swymi bliskimi, nie wtajemniczając ich absolutnie w swój problem. Wyjątek czyni tylko dla babci, z którą jest najbardziej zaprzyjaźniony. To właśnie jej powie o śmierci, której spodziewa sie lada moment, bo tylko babcia, mimo, że w bardzo dobrej formie, ale jednak stojąca nad grobem (ma już grubo powyżej 80-ki, a ludzie przecież nie żyją 100lat), może wiedzieć, tak naprawdę, co on czuje.

Tak więc, Romain zaczyna ostatnią podróż przez swoje życie. Odwiedz rodzinny dom, spotyka sie z rodzicami i siostrą, z którymi ostatnio nie miał najlepszych relacji. Jest „innej” orientacji, a to jak wiadomo, nie sprzyja rozkwitowi uczuć rodzinnych. Choć stosunki w rodzinie, trzeba to przyznać, osiągnęły już stopień poprawności, rodzice wyglądają na pogodzonych z niezręczną sytuacją, to jednak ciągle jeszcze skrzy na linii siostra i brat, między rodzeństwem dochodzi do scysji.Nieprzyjemna rozmowa ma także miejsce miedzy Romain’em a jego partnerem Sashą. Romain – podejmuje decyzję zerwania z kochankiem. Z takim zamiarem nosił się juz od dawna, wizja śmierci tylko decyzję przyspieszyła. Ogólnie atmosfera robi się przykra, smutna.
Ktoś może się oburzać, nazwać Romaina egoistą,  postanawia umierać w samotności. Egoizm? A być może odwaga?  Cały bagaż strachu i niepewności dźwigać samemu. Nie obciążać bliskich swoją traumą. Śmierć i tak przyjdzie, dlaczego nie stawić jej czoła nie rozpaczając, dlaczego by nie wykorzystać czasu, który pozostał, na rozliczenie się z życiem (później Romain szuka jeszcze raz zbliżenia z siostrą i Sashą), albo nawet na danie komuś nowego życia? Ale, być może, faktycznie, bliscy będą  mieli żal, że nie uprzedził o swoim odejściu - być może oni też by mu chcieli coś powiedzieć na odchodnym, za coś przeprosić, przytulić ostatni raz. Bardzo ciekawy problem, czy jest jakiś jeden cudowny hipotetyczny przepis, jak go rozwiązać? Wielu z nas przekona się kiedyś na własnej skórze, jakie wyjście jest najlepsze. Bo jedno jest pewne – strata, odejścia, są wpisane w los człowieka, można się buntować, można to przyjąć na klatę. Jest w filmie piękna opowieść babci Romaina, o tym jak ona poradziła sobie ze swoją stratą (śmierć męża), dała radę, przeżyła, ale okaleczyła przy okazji całą rodzinę, głównie swego syna, czyli ojca Romaina. Każdy wybiera swoją drogę, którą będzie podążał na spotkanie ze śmiercią.
Film warto także zobaczyć dla pewnej sceny - jak pięknie można rozwiązać problem niepłodności męża w małżeństwie, które pragnie mieć dziecko - scena trójkąta w hotelu, czegoś takiego jeszcze nie było. Wielkie brawa dla twórców.

Tę krótką filmową opowieść dedykuję innemu, trzydziestoparoletniemu fotografikowi, Irkowi-Erykowi, bardzo utalentowanemu, który podobnie jak Romain, musiał niespodziewanie opuścić, w pełni życia i sił twórczych, swoją żonę i córeczką.