niedziela, 23 stycznia 2011

Funny People - J. Apatow

Pod  lupę zostaje wzięte środowisko stand-up comedians, czyli ludzie, komicy, którzy chcą, stawiają sobie za zadanie  rozśmieszyć zgromadzoną przed sobą publiczność za pomocą wygłaszanego  monologu. Sztuka tego typu  opiera się bardziej na charyzmie wykonawcy oraz na jego dobrym kontakcie z publicznością niż na  artystycznych wartościach słowa ku niej skierowanego."Nazwa stand-up pochodzi z Ameryki, gdzie, jeśli chodzi o popularność, stand-up zajmuje miejsce, które w Polsce mają kabarety. W Stanach istnieją specjalne kluby zaopatrzone w miejsca do siedzenia i stoliki, oraz scenę. Podczas tzw. "open mike" (otwarty mikrofon) prawie każdy może wejść na scenę i rozpocząć swój występ. Dzięki takiej formule ten gatunek jest niezwykle przyjazny dla początkujących artystów – bardzo łatwo jest tam zacząć." (wikipedia)

George Simmons (Adam Sandler) to właśnie taki jeden z przedstawicieli gatunku wyżej opisanego rodzaju komików. Bardzo popularny, rozpoznawalny na każdym kroku, uwielbiany przez społeczeństwo amerykańskie. Ma już swoje (średnie) lata, spore zawodowe doświadczenie, duży i piękny dom,  każdą dziewczynę na zawołanie, mnóstwo kasy...  brakuje mu tylko kogoś bliskiego. Jego życie, podobnie jak życie każdego przeciętnego śmiertelnika, jest prawie tak samo monotonne i tak samo narażone na różne bardzo poważne choroby. Ktoregoś dnia dowiaduje się, że jedna z nich postanowiła wydać mu wojnę. George Simmons zaczyna poszukiwania kogoś, kto mógłby wyręczyć go w pisaniu skeczy, a także komu mógłby przekazać część wiedzy zawodowej. Myśli o przyjaźni, oczywiście odrzuca.  I znajduje - Irę Wrighta (także świetny Seth Rogen).
"Funny people" to komediodramat, żadna tam głupia komedia, z jakimi niesłusznie niektórzy kojarzą nazwisko Adama Sandlera. Bardzo, bardzo go lubię, i cenię, za spory potencjał dramatyczny, który potrafi ujawnić, jeśli tylko da mu się ku temu okazję . Polecam, przy okazji, oprócz  szerzej znanego  "Lewego sercowego" także mniej głośny, ale równie wart poznania -  "Spanglish".
"Funny people" to rzeczywiście film o zabawnych ludziach, ale nie tylko dlatego, że pracują w rozrywce. Także dlatego, że są samotni a wcale przecież być nie muszą. Obrażają się jeden na drugiego  za jakieś mniejsze czy większe (rzecz względna przecież) błędy, zrywają ze sobą, by potem cierpieć i tęsknić przez całe życie. To film o sztuce kompromisu, o wybaczaniu, o wielkoduszności, jaką możemy sobie wszyscy nawzajem, ku obopólnej korzyści, darować. Wystarczy tylko zechcieć, schować  do kieszeni urażone ego i... spróbować, a życie od razu wyda się piękne! Ten film powinni obowiązkowo zobaczyć wszyscy ludzie na Ziemi.

"Funny people" to także film o współczesnej sztuce dowcipu, skeczu. Niestety,  sięga ona coraz częściej dna.  Ja na przykład w ogóle czegoś takiego jak kabaret, stand-uu (nadaje HBO) nie oglądam.  Ludzie na ogół są coraz bardziej zmęczeni codzienną bieganiną, zarabianiem pieniędzy, kupowaniem, sprostaniu wymogom przeróżnych konkurencji.   Po pracy, więc, chcą spędzić czas przyjemnie i  bez wysiłku. Coraz mniej czytają, najczęściej oglądają , najłatwiej ich rozśmieszyć niewysublimowanym dosłownym dowcipem kloacznym.  Dowcip intelektualny, odnoszący się do pewnych znaków kulturowych, wydarzeń towarzyskich,  ale nie tych brukowych, bardziej salonowych,   wymaga publiczności jednak bardziej oczytanej i obytej w różnych tematach i środowiskach (a poza tym, jak ktoś się już wybrał na taki występ, zapłacił, to musi sie obowiązkowo za wydane pieniędza bawić, no i żeby nie wypaść na ponuraka). Nawet Allenowi już się coraz mniej chce w tej dziedzinie. W filmie, George Simmons bardzo czesto  zwraca uwagę swemu uczniowi uwagę, by się na prostacki dowcip mniej wysilał, a raczej by się w ogóle nie wysilał. By bardziej był sobą, czyli "niegłupkiem", niż udawał pod publikę, że nim jest.

Judd Apatow dotyka także, bardzo delikatnie, kwestii otwartości w relacjach między ludźmi i rolę dowcipu,  jako klucza skutecznie zamykającego drogę tym, którzy by chcieli na taką otwartość się odważyć. Jak często nie potrafimy, boimy się po ludzku rozmawiać o swoich emocjach, o wzruszeniu, lęku, pragnieniach. Bardzo często próbę tego typu wynurzeń, jeśli ktoś na nią się zdecyduje, kwitujemy odpowiednim , cięższym lub lżejszym żartem i po sprawie, wracamy do rechotu, znowu jest łatwo i przyjemnie. Ale czy na takim gruncie buduje się jakiekolwiek więzi?  (scena rozmowy trójki chłopaków - Iry i jego kumpli z pokoju - na wzgórzu, gdy jeden z nich opowiada o śmierci dziadka).

I jeszcze jedna rzecz, dla mnie dość istotna, jakiej struny poruszył, takie mam wrażenie, Apatow. Relacje damsko- męskie - jeszcze całkiem niedawno dziewczyny, kobiety rumieniły się, gdy mężczyzna w ich towarzystwie zrobił jakąkolwiek aluzję w kierunku narządów płciowych, teraz mamy równouprawnienie i  to one same wręcz inspirują męską wyobraźnię w tej materii   - scena z dziewczyną, która odstręcza od siebie Simmonsa, pokazując,  jak wygląda kanapka w wędliną.  Tu autentyczna pani komik wystąpiła. Żeby było jeszcze śmieszniej (?). Jeśli ktoś jeszcze filmu nie widział, to powiem, że trochę tu prawdziwych, grających samych siebie, postaci z amerykańskiego show biznesu się uświadczy - oprócz wspomnianej komik Nicole Parker, z tych których zauważyłam,  pojawia się sam Eminem, RZA, a dla lubiących folk rock - James Taylor.

Polecam ten film ze względu na inteligencję, za zwrócenie uwagi na sztukę kompromisu i negocjacji (tu bezcenne słowa: "Na wierzchu jest gniew, pod spodem jest ból, a pod nim miłość") w relacjach międzyludzkich i na przewrotną sztukę opowieści o durnym dowcipie w mądry sposób.

niedziela, 16 stycznia 2011

Fish Tank - reż. A. Arnold

Kilka, może kilkanaście dni, tyle ile trwa przeciętny urlop, angielskiego człowieka pracy,  z życia nastolatki, mieszkanki typowego blokowiska, które pewnie wygląda tak samo w każdym miejscu na Ziemi. Dlaczego na wstępie wspominam o urlopie, dowie się ten, kto film zobaczy. A myślę, że nie pożałuje. Polecam "Fish Tank" miłośnikom filmów Mike'a Leigha, którego reżyserka Andrea Arnold jest  zapewne wierną i pilną uczennicą.  Mia ma 15 lat,  8-letnią siostrę, z którą wiecznie prowadzi wojny. Ma także, a jakże, matkę. Niestety, nie ma ojca, to znaczy ma - gdzieś, ale tak naprawdę nie ma. Dziewczyny wychowują się same, matka zainteresowana jest przede wszystkim sobą, głównie seksownym wyglądem, by zwabić do siebie kolejnego  absztyfikanta. Szkoda, bo o wiele bardziej wartościowe, są jej córki, niż jej amatorzy przelotnych romansów. Pewnego dnia przyprowadza do domu Connora. Ten oprócz zainteresowania mamusią dziewczyn, przejawia także ciekawość, czym zajmuje się starsza Mia. A Mia osamotniona, na każdym kroku poniewierana przez matkę, w wolnej chwili tańczy hip-hop. Ten taniec jest wszystkim co ma, co daje jej poczucie wartości, chce nawet  wziąć udział w jakimś tanecznym konkursie.  Connor daje jej w prezencie płytkę ze swym ulubionym utworem "California Dream". Czyż można nie zakochać się w takim troskliwym facecie? Tym bardziej, jeśli tak bardzo brakuje dziewczynie ojca? Tym bardziej jeśli jeszcze wygląda jak Michael Fassbender? 

Film robi wrażenie.  Pod wieloma względami. Fabuła, sposób jej poprowadzenia, aktorstwo.  Z początku powolny, z czasem nabiera coraz szybszego tempa, aż do zakończenia, które dla niejednego widza może być dość zaskakujące. Niektórzy mogą wątpić, czy możliwe jest, by istniay takie rodziny, takie matki.  Ja osobiście nie mam średniej przyjemności takich bezpośrednio  znać, ale sądząc po wielu nieszczęśliwych i agresywnych obliczach współczesnych nastolatków, śmiem twierdzić, że takich patologii jest sporo.

Wspaniała jest postać głównej bohaterki. Mia to dzielna dziewczyna, wyrazy podziwu, że mając taką matkę w ogóle chce jej się żyć, zabiegać o jakąkolwiek akceptację, o uczuciach nie wspominając. Na każde dobre słowo, najmniejszy okruch zainteresowania swoją osobą rzuca się jak wygłodniały pies na byle jaką kość. To i się nie ma co dziwić, że pokochała Connora, bardziej pewnie jako uosobienie postaci brakującego ojca, niż mężczyznę.

Strasznie żal tych wszystkich dziewczyn, pochodzących (jak Mia) z zimnego wychowu, niekochanych, nie przytulanych przez rodziców.  Każdy ochłap męskiego zainteresowania przypominający uczucie, a będący tak naprawdę tylko zakamuflowanym pożądaniem, biorą za dobrą monetę i idą za nim jak w dym. 

Jeśli  ktoś twierdzi, że dzieciństwo to najlepszy okres w życiu, niech sobie zobaczy "Fish Tank". Wcale nie potrzeba pochodzić z czarnej rodziny, zamieszkałej w nowojorskich slumsach, mieć matkę pijaczkę, gwałcącego co noc ojca i być z nim w ciąży, jak to na przykład było w "Hej, skarbie" ("Precious: Based on the Novel Push by Sapphire", który to film momentami mi Fish Tank przypominał), by poczuć gorzki smak życia. Oba filmy, opowiadają o tym samym, pomijając już tak fundamentalną sprawę jak brak odpowiedzialności, to także, jak bardzo ludzie dorośli, nie tylko rodzice, nie liczą się z uczuciami dzieci. Egoistyczni, nieempatyczni, zakleszczeni w pretensjach do całego świata, /w tym także nie wiedzieć czemu, do swych dzieci, które powołali do istnienia/ za swój marny los, skazują siebie i swe potomstwo na przeraźliwą samotność, hodując bez końca na swoje podobieństwo kolejne emocjonalne kaleki. A wcale tak wiele nie potrzeba, by te relacje mogły być choć trochę lepsze, dotyk (ten dobry) i odrobina prawdziwego zainteresowania, czym zajmuje się i co czuje mały człowiek. Najpiękniejsza scena filmu to ta właśnie poświęcona dotykowi.  Pożegnalny taniec matki i córki, przed wyjazdem z domu, być może już na zawsze, tej drugiej. Te dwie najbliższe sobie kobiety, nie potrafią nawet w takiej chwili zbliżyć się do siebie. Jedyne do czego są zdolne, to taniec hip-hop. Taniec marionetek, osobny (nie bez powodu taki jest hip hop ), w milczeniu i w bezpiecznej odległości.
 
A jeśli jeszcze pomyśleć o tytule filmu, nie poczujemy się pocieszeni perspektywami opuszczającej "rodzinny" dom  dziewczyny. Symboliczne "Akwarium" (Fish Tank), nie dające nadziei uwięzionej w niej w nim rybce na wypłynięcie na szersze wody. Czyżby piękną, mądrą, dobrą Mię czekał taki los? Czy uda jej się wyrwać z ograniczeń w jakie wpędziło ją pochodzenie i byle jaka, zimna matka? Na szczęście nie dostajemy odpowiedzi na to pytanie, możemy więc mieć nadzieję, że kiedyś jej  marzenia nie zmienią się w gorycz i utracone złudzenia.

sobota, 15 stycznia 2011

Głód - reż. S. McQueen

Rzecz dzieje się w Irlandii Północnej.  Jest rok 1981. Miejsce akcji to więzienie, w którym wraz z innymi członkami organizacji IRA, odsiaduje karę Bobby Sands. Staje on na czele protestu głodowego i czystościowego, ktorego celem jest uzyskanie dla osadzonych statusu więżnia politycznego, miast kryminalnego, pod jakim zostali uwięzieni podczas zamieszek z policją.
Sprawa ta odbiła się bardzo szerokim echem w Wlk. Brytanii, a Sands w czasie strajku został wybrany na posła do Izby Gmin. Zmarł po 66 dniach. Oprócz Sandsa - zanim strajk został przerwany - zmarło także 9 innych głodujących więźniów.

To co się rzuca w oczy przede wszystkim po zobaczeniu "Głodu" to to, że jest to film przepięknie nakręcony (zdjęcia -Sean Bobbitt). Pełna asceza jak na obraz o więzieniu przystało. Z kolorów dominują szarości, do tego stopnia, że musiałam chwilę pomyśleć, przed pisaniem tych słów, czy był kolorowy. Tak, był. Krew była czerwona, woda w więziennej wannie, w której obymwano po przesłuchaniu ciało Bobbyego Sandsa, była różowa. Bobby Sands (rewelacyjna rola Michaela Fassbendera) miał niebieskie oczy i rudawy zarost itd.

Statyczne i długie ujęcia, wspaniałe artystyczne wręcz kompozycje kadrów, z których wiele mogłoby brać udział w jakichś wystawach fotograficznych. Na dodatek estetyzacja ludzkiej  fizjologii - przed protestem głodowym osadzonych (tak jak wspominam we wstępie) ma miejsce protest za pomocą nagości i brudu - zamknięci w celach nie godzą sie na założenie więziennych uniformów, załatwiają się na podłogę, a z ekskrementów tworzą kompozycje malarskie na ścianach. Wszystko to w zestawieniu jeszcze z praktykami potwornego poniżania i upodlania człowieka przez aparat państwowy, w majestacie prawa, robi niesamowite wrażenie.

A idzie tylko, albo aż, zależy z czyjego (irlandzkiego czy brytyjskiego) punktu spojrzeć na sprawę, o dwa słowa "więzień polityczny", jakich domagają się pojmani terroryści, czy dla innych -  bojownicy IRA, na określenie powodów ich osadzenia.

Nie chcą, by ich zabójstwa były podciągnięte pod pospolite przestępstwa kryminalne. Hm, tu jest sprawa sporna, każdy spojrzy na nia po swojemu. Ja nie będę stała ani za IRA ani za panią M. Thatcher - bo żeby kogoś oceniać, jak mówią Anglicy, trzeba pochodzić jakiś czas w jego butach.
Nie wiem jakie intencje kierowały twórcą (debiutujący reżyser i współscenarzysta czarnoskóry Steve McQueen, wcześniej znany jako artysta plastyk, malarz), nie można ich jasno odczytać z filmu, czy jest za, czy przeciw tym protestom głodowym, zakończonych przecież śmiercią 9 osób.  W brytyjskim więzieniu nie karmiono głodujacych na siłę (tak jak to miało miejsce w przypadku np. strajkujacych głodowo członków Baader-Meinhof w Niemczech, tam karmiono ich, wbrew ich woli,  jak gęsi, wpychając jedzenie do przełyku), patrzono jak umierali, dbając,  by im niczego nie brakowało przed śmiercią, na przykład ich wychudzone, zamierajace ciała, okrywano, o ironio!, ciepłymi bielutkimi, kołdrami, czy futrami.

Niektórzy, być może, odbiorą ten film jako obraz męczeństwa "za sprawę". Ja nie miałam takiego wrażenia. Mimo, że nie pokazano w ogóle działalności terrorystycznej Sandsa i jego kompanów. Cały czas pamiętałam, jednak, że znalazł się w więzieniu za zabójstwa. Wszystko jedno czy polityczne, czy nie. Zresztą, wiadomo, jak łatwo jest podszyć wszelką działalność zbrodniczą pod etykietkę politycznej. Widać, ci faceci, nie mogli przestać walczyć, nawet w więzieniu. Narażali sie na straszne szykany, później w okropnych cierpieniach umierali z głodu, w imię tytułów, nazw, mianowań. Ja w każdym razie, nie czułam jakiegoś wielkiego poparcia dla Sandsa i  akcji głodowej. Bardziej stałam po stronie jego przyjaciela księdza (Liam Cunningham). Ich rozmowa to istny majstersztyk aktorski. Jedna scena, jedno ujęcie - trwało 22 minuty, nie chciałam wierzyć, że aż tyle, bardzo szybko minęła. Nie czułam poparcia dla Sandsa,  ale też i nie potępiałam (przypominam - buty!), że skazał siebie i swoich współwięźniów na taką śmierć. Na usta jednak cisnęło się pytanie, czy to było konieczne?

środa, 29 grudnia 2010

Odchodząc - reż. C. Corsini

Odchodząc pomaleńku od działalności forumowej, postanawiając skupić materializowanie przymusu pisania o filmach (na szczęście nie wszystkich), które widziałam) głównie na blogach (niniejszym oraz www.baba-o-filmach.blog.p)) nawiążę do filmu produkcji francuskiej pod tym samym tytułem (oryg. "Partir").
 
Małżeństwo ok.37-40 lat,  on (Samuel) lekarz, ona (Susan)  niepracująca zawodowo przez kilkanaście lat fizjoterapeutka. Mają dwójkę nastoletnich dzieci, dla których wychowania  oraz podmaszczania na co dzień pracującemu i dobrze zarabiającemu mężowi  ona zrezygnowała ze swej pracy. Celowo nie piszę "poświęciła się", "poświęciła karierę zawodową dla dzieci ", bo to byłoby nie fair wobec dzieci. Skoro zostały powołane na świat bez swej woli, rodzice mają obowiązek, by je karmić, wychować, wyuczyć przez początkowe kilkanaście lat ich życia. A że kobieta porzuciła pracę w tym celu - widać tak chciała. W każdym razie, Susan czuje, że dzieci są już na tyle duże i samodzielne, że może już teraz zająć się pracą, dla satysfakcji  ale i dla pieniedzy, bo mąż raczej należy do oszczędnych. I to z tej jego oszczędności bierze się pośrednio dramat jaki go czeka. Facet żałuje kasy na remont gabinetu przeznaczonego na praktykę zawodową małżonki, zwalnia robotników, pozostawiając tylko jednego - Ivana. A roboty pozostał jeszcze huk, między innymi  mnóstwo ciężkich gratów do wynoszenia. Susan nie mogła pozostać obojętna wobec tak przytłaczających ciężarów, jakie spadły na niewątłe barki Ivana - postanowiła mu pomóc.  No i się zaczęło. Szalony romans gospodyni z przystojnym  robotnikiem budowlanym. Ech,  czy jest tak, że jakaś kobieta, a już tym bardziej gospodyni domowa, wykształcenie nie gra roli, która by nie marzyła o takim incydencie w swoim życiu? Susan się udało! Co to był za romans! Niestety, nie skończył się ślubem,  ani żadnym  happy endem  i to z bardzo prozaicznego powodu  -  pan domu, pan i władca, zablokował swej małżonce konto bankowe. Kobieta pozostała bez środków do życia. A jej kochanka,  za poleceniem męża, wyrzucono z pracy. Zakochani próbowali sobie radzić na różne sposoby, żeby tylko mogli mieszkać razem, niestety, mąż jako osoba ustosunkowana w miasteczku, zawsze był górą, pod każdym względem.  Nie zdawał sobie sprawy, biedaczek, że kobieta żyjąca pod presją, a w dodatku zakochana kobieta, może być zdolna do niebezpiecznych niespodzianek. 

To tyle na temat treści. Oceniając film, powiem, że nie jest to z pewnością wielkie dzieło na miarę Anny Kareniny , na przykład. Ale w wolnej chwili można zerknąć. Kristin Scott Thomas jako Susanne ma bardzo duży wkład we  wzmocnieniu tego filmu, jej filmowy mąż, czyli Yvan Attal (bardzo dobry francuski aktor, mąż Charlotty Gainsburg) również. Najsłabiej może w tym trójkącie prezentuje się jego trzeci e ramię - hiszpański (robotnik jest emigrantem)  kochanek, grany przez Sergi Lopeza. Ale podejrzewam, że on miał być taki trochę niemrawy w tym romansie. Chodziło o pokazanie głownie namiętności kobiety, wzmocnionej przez ową presję, jakiej  zostaje kobieta - żona  poddawana, żyjąc ileś lat na koszt męża. Na koszt takiego męża, jakim jest Samuel, który w sposób niegodny prawdziwego (honorowego) mężczyzny wykorzystuję swą  materialną i statusową przewagę, przywiązując na siłę i wbrew jej woli niekochającą już żonę do siebie.  Samuel traktuje żonę jak własność. Wcześniej może nawet nie miała okazji się o tym przekonać. Póki była cichą i pokornego serca, poslusznie i bez zgrzytów wykonującą swe posługi domowe i małżeńskie, było ok.  Najsmutniejsze jest to, że  nie możemy być pewni, czy Samuel wszystkie niegodne postępki, by zatrzymać żonę w domu, uczynił z powodu jego miłośći do żony, czy raczej z powodu urażonej dumy  właściciela, któremu ukradziono drogocenną własność.  Tak,  czy tak, przykro, bo finał tej historii mógł być zupełnie inny. Namietności wszak tak jak szybko przychodzą, tak samo szybko odchodzą. A jeśliby nawet  ta prawda nie sprawdziła się tym razem, to trudno, lepiej mieć żonę przyjaciółkę, niż żonę wroga. 

A ileż to kobiet, słyszy od swoich rzekomo kochających je mężów "jeśli mnie zdradzisz, to cię, albo was (tzn. żonę i kochanka) zabiję". Mam pytanie, kogo  bardziej kocha mąż wypowiadający te groźby - żonę czy siebie?

piątek, 10 grudnia 2010

Rok diabła - P. Zelenka

Pewien holenderski dziennikarz przybywa do Czech, a konkretniej do ośrodka AA, by nakręcic dokumentalny film o czeskim, legendarnym bardzie Jaromirze Nohavicy. Wspólnie z nim poznajemy alkoholowe problemy artysty, bywamy na koncertach,  towarzyszymy rozmowom, mniej lub bardziej głębokim, jakie prowadzi na temat życia i twórczości wraz z grupą przyjaciół – muzyków, spotykamy się z Jazem Colemanem, załozycielem grupy Killing Joke, który realizuje z nimi świetne muzyczne projekty.

Z czasem odkrywamy, że mamy do czynienia z dokumentem, który nie jest dokumentem, choć osoby w nim występujące są jak najbardziej autentyczne i grają same siebie. Dobrze powiedziane – grają. W przypadku filmu stricte dokumentalnego – nawet jeśli im się (i nam) wydaje, że nie grają, to i tak grają, a w przypadku paradokumentu grają tym bardziej, a tym bardziej jeszcze u Petra Zelenki. Na ile, reżyserowi i bohaterom filmu, czyli Jaromirowi Nohavicy i jego muzycznym kompanom udał się ów filmowy happening, może świadczyć to, iż po filmie, z głebokim żalem w sercu sprawdziłam życiorys jednego z nich, a dokładnie datę jego śmierci. Podejrzewam, że wielu widzów, Czechów i nie Czechów, nie zorientowanych w historii życia i twórczości kultowego barda i poety Jaromira Nohavicy, Karela Plihala czu zespołu Czechomor wpadło w tę samą pułapkę co ja. Dajemy się uwieść poetyce obrazu,  wierzymy, że artysta przekazuje nam w swoich utworach siebie, otwiera się bez granic, a przecież tak być do końca nie musi. Może przecież równie dobrze siebie kreować, tworzyć światy, w które chciałby wniknąć, a  może nawet wnika, na przykład  pod wpływem różnych wspomagaczy, jak np. alkohol, który  też jest jednym z bohaterów filmu.

Czyżby Zelenka, wraz z uczestnikami tejże jakże pięknej filmowej prowokacji, eksperymentu, chciałby nam szepnąć na ucho, że w dobie, kiedy więcej wydaje się przeróżnych auto/biografii, niż znajduje się chętnych na ich czytanie i oglądanie, nie możemy łudzić się, że są one prawdziwe, niewykreowane tak, by wzuszyć, poruszyć, oburzyć odbiorcę?

Jedna z najważniejsych scen filmu, to ta, kiedy dowiadujemy się, że w momencie kluczowym dla artystów, gdy Nohavica wraz z Czechomorami ma podpisać kontrakt z angielską wytwórnią, wybucha skandal –pieśniarz, w „dokumencie” zrobionym przez Holendra,  przyznaje iż jest skończonym starym człowiekiem,  że nigdy niczego sam nie napisał, nie skomponował. I wszyscy w to uwierzyli. Bez mrugnięcia oka przyjęli do wiadomości, że ich ukochany poeta i bard jest oszustem. Jak się okazało, informacja ta została podana w filmie, w wyniku błędnego montażu taśmy filmowej. /Oczywiście, pamiętajmy, że rozmawiamy o filmie zrobionym z wielkiem przymrużeniem oka./

Prawdopodobnie, tak sobie to interpretuję, ten fragment „Roku diabła” nawiązuje do faktu z biografii Nohavicy, kiedy w latach 90-tych ub. wieku przyznaje się on dobrowolnie do współpracy (która nikomu tak naprawdę nie przyniosła wymiernych krzywd) w czasach komuny z czeskimi SB. Został do tej pracy nakłoniony, w wyniku swej niepoprawnej politycznie scenicznej twórczości. Dano mu do wyboru, albo więzienie albo współpraca, mająca polegać na informowania czym zajmują się na emigracji czescy artyści. Mógł również wyemigrować, tak jak oni, i mieć świety spokój, krytykowac z daleka, tych co zostali, wybrał jednak życie w ojczyźnie. Nie czas teraz, i miejsce, na ocenę obu postaw, w każdym razie fani Nohavicy nie odwrócili się nigdy od niego.
A wracając do filmu.  „Rok diabła” -  dlaczego taki tytuł. Co lub kto jest diabłem? Może Jaz Coleman, który pewnego razu organizuje czeskim przyjaciołom niesamowity magiczny wieczór, umożliwiając im otwarcie jakichś zaklętych drzwi, sięgnięcia gdzieś dalej, po toby znów za chwilę powrócić na płyciznę codzienności? Czy diabłem jest alkohol, który, za cenę dręczącego  uzależnienia pozwala zanurkować w tajemnicze głębiny pod dnem owej płycizny? Czy diabłem jest sztuka,  której artysta oddaje się bez końca, nawet za cenę zdrady, czy to ojczyzny czy przyjaciół. Każdy z nas, zauważy tu diabła na swój własny sposób. W odróżnieniu od aniołów,  przybierających w filmie bardziej określone postaci (widać dobro jest łatwiejsze, bezpieczniejsze do zdefiniowania), najczęściej ludzi, którzy pozytywnie inspirują, albo wrócili na ziemię po swojej śmierci by opiekować się przyjaciółmi.

A wszystkie te diabelsko-anielskie harce odbywają się w rytm przepieknych dźwięków do słów poezji Nohavicy. Ten film to naprawdę świetna zabawa, prawie biesiada, do której zasiedliśmy z dobrymi, utalentowanymi  i mądrymi przyjaciółmi, by przy piwie i wódce pogadać, często na wesoło, o fundamentalnych sprawach ludzkiej egzystencji.

piątek, 3 grudnia 2010

Palindromy - Todd Solondz

T. Solondz Jest reżyserem wyjątkowym, bezkompromisowym w ukazywaniu ciemnych stron życia, intrygującym, na pewno pozostawiającym po sobie ślad, i to bardzo charakterystyczny. Jego filmy mogą budzić skrajne uczucia - od uwielbienia do obrzydzenia.
Po "Happiness", i "Opowiadaniu" z niecierpliwością czekałam na moment, kiedy zdobędę "Palindromy". No i udało się.

Ten film jest zdecydowanie bardziej zagmatwany w konstrukcji, trudniejszy w odbiorze i interpretacji, wymagający więcej uwagi i czasu na refleksje. Scenariusz, ktorego głónym tematem jest aborcja, nie jest prosty, budowa, pomysły na bohaterów takie, że można się czasem pogubić. Ale,gdyby to był taki sobie grzeczny filmik z problemem aborcji w roli głównej, z pewnością wyszedł by kolejny banał, wyświetlany ochoczo na lekcjach religii. A tak - zastanawiamy się jakie, i czy w ogóle, jednoznaczne stanowisko zajmuje Solondz w tym temacie. Bo czyż w ogóle może być ono takie? Może życie człowieka jest zbyt skomplikowane, zbyt zaskakujące i nieprzewidywalne, aby można je było ująć w zimne ramy przepisów, paragrafów i przykazań.

Dlaczego Aviva, dziewczynka o imieniu palindromie, przybiera w filmie rózne postaci? Od małej, z lekka niedorozwiniętej, Murzynki do dorosłej inteligentnej białej kobiety? Może dlatego, że każda kobieta, bez wyjątku - biała, czarna, gruba, chuda, zdrowa, chora jest genetycznie zaprogramowana na macierzyństwo, co widać i czuć już od ich najmłodszych lat. Dziewczynki od malego marzą o byciu matką. Ich pierwsze zabawy to markowanie jej czynności. Kołyszą do snu swoje lalki, przewijają, tulą do piersi, gdy "płaczą", chodzą z nimi do doktora itp. Później dziewczynki dorastają i pod wpływem różnych okoliczności ich instynkt macierzyński jest wypierany na dalszy plan, czasem zabijany.
W tym momencie przychodzi mi na myśl postać pedofila, przekazującego w rozmowie z jedną z "Aviv", tą najbardziej świadomą i obolałą (J. Jason Leigh) całą kwintesencję filmu o naszym /genetycznym/ zaprogramowaniu i niemożnosci wskórania niczego przeciw temu, na co jesteśmy skazani wskutek owego nas zafiksowania. Jesteśmy jak tytułowe palindromy, brzmiące tak samo, niezmiennie, zarówno od początku, jak i od końca (życia?)
Poza tym, pedofil oświadcza z "rozbrajajacą" szczerościa, że bardzo kocha dzieci. Toż to zupełnie tak samo, jak kiedyś te małe dziewczynki, później duże dziewczyny, młode kobiety, córki, ich matki, ojcowie, narzeczeni itd. Wszyscy przecież kochają dzieci! Co wielu nie przeszkadza te dzieci zabijać, albo... marnować im życie, skazywać je na kalectwo, tak fizyczne jak i psychiczne. Dlaczego, jeśli dobijamy się o karę dla pedofili, zabijających dzieci, dosłownie, czy w przenośni - ich niewinność i marzenia o miłości, nie żądać jej dla tych, którzy zabijają dzieci w łonie matek, także tych bardzo młodych, robiąc tym samym zamach na instynkt macierzyński, ich niewinność i marzenia o matczynej miłości?

Ale Solondz, mimo wszystko, nie chce być sędzią w sprawie. Jako kontrapunkt szczytnych przeciwaborcyjnych idei, przedstawia widzowi szkołę i dom Mamy Sunshine. Kobiety głęboko wierzącej w .... swoją szlachetność, że robi świetną rzecz dla dobra osieroconych kalekich dzieci, stwarzając im złudny raj na ziemi pod sztandarem Jezusa Chrystusa. Ułomne dzieci, sztucznie karmione poczuciem szczęścia, tańczące i śpiewające w rytm religijnej pieśni jakoś nie przekonują o autentyczności ich radości życia. Może odczuwają brak rodzonych matek, które nie dokonały aborcji z pobudek religijnych, ale nie czując się matkami z takich czy innych powodów oddały swoje brzydkie kaczątka pod opiekę kościoła.

Zastanawiała mnie jeszcze jedna rzecz w tym filmie, a mianowicie - seks, pozbawiony kompletnie znamion namiętności i miłości. Seks w Palindromach jest automatyczny, niczym kłopotliwa powinność rodzaju ludzkiego, którą trzeba wypełniać, w celach rozrodczych, tak jak każe kościół.
Przerażający i smutny jest świat u Solondza, nakazy i zakazy, a pomiędzy nimi tłamszone ludzkie popędy. Na uczucia spuszczono tu zasłonę milczenia.
Odpowiada mi trzeźwe podejście do świata i życia bez owijania w bawełnę (co nie musi koniecznie oznaczać, że takowe posiadam), pogodzenia sie z jego blaskami i cieniami, nieukrywanie faktu,że tych drugich jest zdecdowanie więcej, a jednocześnie umiejętność radzenia sobie z taką świadomością. Dlatego też podoba mi się Todd Solondz i jego filmy.

poniedziałek, 29 listopada 2010

Barbórka - M. Pieprzyca

Film z okazji święta górników i ich patronki – Barbary. Oryginalny pomysł, na pokazanie w nietypowy sposób braci górniczej, tym razem na galowo i od strony pielęgnowanych przez nich zwyczajów i tradycji. Dyrekcja pewnej kopalni zaprasza na obchody Barbórki popularnego aktora serialowego – Jakuba (Marcin Dorociński), który kompletnie nie wie (i nie ma na to ochoty), jak się odnaleźć w roli chałturnika, jaka mu przypadła z powodu braku innych propozycji filmowych. Popełnia on wiele błędów, niezręczności, co wytyka mu bezlitośnie Basia, solenizantka, która pracuje na kopalni. Basia jest wielbicielką Jakuba, bardzo przeżywa wizytę aktora, tym bardziej, że jest oddelegowana do „komitetu powitalnego” ekipy z Warszawy . Niestety, postawa jej idola bardzo ją rozczarowuje. Aktor nie ukrywa swego znudzenia, rozdrażnienia, że musi odwalać tak niewdzięczną robotę. Tym bardziej, że górnicy, co rusz, płatają im jakiegoś psikusa, usprawiedliwiając się górniczą tradycją. Jakub nie może się odnaleźć w środowisku prostych ludzi ciężkiej pracy, lecz znających swą wartość i nie dającym sobie wcisnąć żadnej ciemnoty. Dochodzi do konfrontacji Basi i Jakuba, podczas której dziewczyna nie żaluje mu słów gorzkiej prawdy o tym, jak bardzo się na nim zawiodła. Ta szczera lecz ostra rozmowa z dziewczyną oraz niefortunny początek występu na akademii górniczej sprawiają, że idol kobiet zaczyna inaczej patrzeć swoje życie i co ważne - zauważać i rozumieć ludzi wokół siebie. Porzuca stereotypy myślowe na temat górników czy zwyczajnych niepozornych dziewczyn. Między znanym i przystojnym aktorem a skromną robotnicą z kopalni zawiązuje się autentyczna, choć wydaje się zupełnie magiczna, nieprawdopodobna, nić sympatii. Odnajduję wspólny język, cieszą się sobą jak para nastolatków. Basia nigdy nie zapomni tych imienin, ani Jakub swej barbórkowej chałtury, która nauczyła go wartości bycia autentycznym, nie tylko na scenie życia.

Mały skromny film, może baśń, kolejny bardzo dobry z serii świąt polskich. Wyjątkowo udany cykl.