wtorek, 7 listopada 2006

Wszystko może się przytrafić

To wyjątkowej urody dokument reżyserii Marcela Łozińskiego z 1995 roku. Jest to rzecz, wydaje mi się dosyć prosta w pomyśle, a jednocześnie bardzo oryginalna – 6-letni chłopiec (chyba wnuk reżysera) podróżuje przez życie jeżdżąc na hulajnodze po dróżkach wielkomiejskiego parku i rozmawiając w przerwach ze starszymi ludźmi, stałymi bywalcami parkowych ławeczek.

W dobie, gdy ludzka komunikacja polega głównie na nadawaniu bez odbioru, gdy człowiek dzisiaj z reguły, która ma oczywiście wyjątki, jest zainteresowany przede wszystkim własną osobą, nie ma czasu, albo mu się nie chce, albo nie umie rozwinąć sztuki słuchania i adekwatnego reagowania na odbierane treści – ten film jest jeszcze bardziej poruszający. Ale emocje jakie budzi są tylko i wyłącznie pozytywne. No, może czasem zabarwione melancholijną nutką refleksji nad przemijaniem wszystkiego, na czele z życiem. Ale nie smucimy się długo, bo przecież „Wszystko może się przytrafić!” – ten mały człowieczek, który z taką swobodą, ufnością, swadą ale i pokorą rozmawia ze starymi ludźmi – rozwesela ich swoimi nadziejami, że może jeszcze będą żyli, kiedy on będzie taki stary jak oni i innymi tego typu fantazjami.

I nie myślcie sobie, że te ławeczkowo-parkowe dyskusje są jakimiś banalnymi pogaduszkami o pogodzie, albo: "co tam w przedszkolu słychać". Absolutnie nie. Wszyscy, i chłopiec i staruszkowie, traktują siebie bardzo poważnie i poważnie konfrontują nawzajem swoją wiedzę na tematy najważniejsze – nieuchronność śmierci, uroki i akceptacja życia, różne odmiany samotności, wiara, zdrowie, praca i inne. Oczywiście mówią głównie starsi, ale Tomek bardzo rozsądnie i taktownie kieruje rozmową, dodając od czasu spostrzeżenia ze swego krótkiego życia.

Tak pięknie jest obserwować, i słuchać, jak ci starsi ludzie ożywiają się, wzruszają, czasem nawet do łez, jakim ładnym językiem mówią i jak wiele mądrych rzeczy mają do przekazania, wszyscy bez wyjątku. Ten film powinien być pokazywany w szkołach, na lekcjach wychowawczych. Najlepiej, wtedy gdy nauczyciele wypełniają swoje dzienniki i inne druczki, uczniowie mogliby patrzeć i uczyć się rozmowy z ludźmi. Ale to taka tylko mała dygresja... Bo tak naprawdę „Wszystko może się przytrafić” jest filmem dla każdego, kto znajdzie chwilę czasu na wytchnienie, a i akumulatory można nim naładować – radosna, jasno podświetlona słońcem sceneria parku, łącznie z fauną jaką się w nim przewija (np. paw, łabędzie, wiewiórka) i walce wiedeńskie w tle, w takt, których pomyka hulajnoga Tomka, pięknie dopełniają to pogodne spotkanie dzieciństwa ze starością.

czwartek, 21 września 2006

Każdy może mieć swój mały wyścig na torze w Bonneville

Ależ ten czas umyka! Wydawało mi się, że ledwie parę dni temu umieszczałam moją ostatnią notkę o „Locie 93”, a tu proszę! Już trzy tygodnie minęło.

A propos przemijania. Fajny film wczoraj widziałam (jakby powiedzieli Marian Kociniak i Andrzej Zaorski) – „The World’s Fastest Indian” czyli wg widzimisię polskich tłumaczy zatrudnionych, przy przekształcaniu oryginalnych tytułów filmowych na nasze – „Prawdziwa historia”. Hm, akurat w tym przypadku nie rozminęli się z prawdą, tylko jakby zabrakło im fantazji. Sfilmowanych historii prosto z życia wziętych jest mnóstwo, a każda z nich jest wyjątkowa, trzeba by jej nadać jakieś charakterystyczne słowo-piętno, wyróżniające ją spośród wielu. Oryginalny tytuł daje nam zalążek pojęcia, co mniej więcej będziemy oglądać. A poza tym – zaciekawia. I myliłby się, kto sądziłby, że będzie to jakiś obraz o zacięciu etnograficznym, traktujący o tradycjach wyścigów Indian we współczesnych amerykańskich rezerwatach. O wyścigach owszem - film traktuje i o zwycięstwie – owszem też, ale niejakiego Burta Munro rodem z Nowej Zelandii, pasjonata motocykli, a właściwie jednego – marki Indian, na którym postanowił pobić w roku 1967 rekord prędkości na zawodach w Bonneville (stan Utah, w pobliżu jego stolicy Salt Lake City). I udało mu się – na swoim starym, udoskonalonym przez siebie całkowicie „domowymi” sposobami, osiągnął prędkość 205,67 mil/h (331 km/h) w kategorii opływowych i obudowanych motocykli o pojemności poniżej 1000 cm3.

I w sumie, nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, ot pobijanie rekordów – męska rzecz, jeden mniej, jeden więcej... Na dzisiejsze czasy to już normalka, gdyby nie...? Burt Munro w momencie podjęcia decyzji o wzięciu udziału w wyścigu ma dobrze ponad 60 lat, cierpi na poważną chorobę serca, gnębi go prostata i zwyczajne zużycie całego organizmu właściwe w tym wieku. Przyjaciele i znajomi dziwią się, że mu się jeszcze chce, ale po cichu podziwiają i nawet może trochę mu zazdroszczą tej niesamowitej determinacji i uporu.
Tak, Burt na przekór wszystkim i wszystkiemu, także naturze, wierzy i chce udowodnić, że potrafi być najszybszym człowiekiem na swej starej maszynie Indian Scout, którą kocha i dopieszcza od blisko ćwierć wieku. Aby dopiąć swego musi pokonać wiele trudności, nie tylko tych związanych ze swoim niedomagającym organizmem. Przede wszystkim musi, razem ze swoim motocyklem, przebyć fizycznie długą drogę, jaka dzieli jego małe miasteczko w Nowej Zelandii od toru na wyschniętym prehistorycznym jeziorze w stanie Utah. I nie byłoby to absolutnie możliwe bez drobnej pomocy wielu przyjaciół, zarówno tych z rodzinnego miasteczka jak i tych, których spotyka w czasie podróży. Bo Burt Munro to niespotykanie spokojny człowiek, ciepły, przyjazny ludziom, darzący ich zaufaniem – ludzie odpłacają mu dokładnie tym samym. Cudowne były jego relacje – z transseksualistą z hoteliku na godziny w Hollywood, albo ze starym Indianinem na pustyni, sprzedawcą używanych samochodów czy w końcu z ekipą pracującą przy wyścigu, która dla niego przymknęła oko na niektóre przepisy organizacyjne. Ba – nawet srodzy amerykańscy policjanci jedli mu z ręki. Ale nad tymi wszystkimi przyjaźniami góruje jedna, ta w rodzinnym kraju – z małym Thomasem z sąsiedztwa. Szczęśliwy chłopak, - z takim bagażem dobrego przykładu pasji i męskiego autorytetu wyrósł z niego z pewnością wspaniały mężczyzna.

„The World’s Fastest Indian” to w gruncie rzeczy żaden wielki film. Ot, kolejna, prawdziwa, prosta historia (właśnie – też mnie nachodziły skojarzenia z Lynchem i jego opowieścią o wyprawie staruszka przez kilka stanów na starej kosiarce) o mocy marzeń. Ale chyba jedna z ciekawszych produkcji w tym nienadzwyczajnym, ale jakże podnoszącym na duchu, temacie. A stało się tak, na pewno za sprawą świetnego aktorstwa Anthony’ego Hopkinsa, który w jednym z wywiadów stwierdził, że to jego najlepsza rola. Trudno mi się z nim zgodzić, mając w pamięci „Okruchy dnia” czy „Milczenie owiec”. Być może na taki osąd aktora ma wiek Burta Munro, z którym Hopkins może się pod tym względem utożsamiać. Ma prawie tyle samo lat co jego bohater. No i być może status społeczny konstruktora - wynalazcy też ma tu swoją zasługę – sir Hopkins nie musiał się do tej roli specjalnie charakteryzować – mógł być zwyczajnie i na luzie sobą – starym, z urodą trochę nadszarpniętą wiekiem, ale ciągle pogodnym i żywotnym mężczyzną. A przy okazji mógł pokazać, że i jesień życia może mieć swoje uroki, swoje pasje, a nawet miłości i to niekoniecznie platoniczne.

A skoro już o marzeniach - ja też mam w planach taki swój osobisty wyścig na torze w Bonneville – jest nim moja przyszłoroczna wyprawa samochodowa po drogach i bezdrożach Toskanii. Mnie co prawda trochę bliżej z Polski do Włoch, jak Burtowi Munro z Nowej Zelandii do Utah, ale zważywszy na to, że muszę sporo zaoszczędzić /Toskania to raj dla snobów, a więc jest tam wszystko drogie/, a nie mam za bardzo z czego i nie umiem tego robić – jest to więc spory wyczyn. No i poza tym – muszę, by dobrze się czuć, poznać choć w podstawowym zakresie język włoski. Dodając do tego jeszcze parę problemów organizacyjnych – jest to niezły wysiłek - prawie, prawie, prawie na skalę wyścigu Burta Munro w Bonneville. Który przyświeca mi teraz swoim przykładem. ;-)

niedziela, 3 września 2006

Lot 93

“Lot 93” to przeniesienie na ekran historii, którą dokładnie zna cały świat. To prawie dokumentalna opowieść o tym, co wydarzyło się w samolocie linii United Airlines, który jako jedyny porwany w dniu 11 września 2001 przez islamskich terrorystów nie doleciał do celu - rozbił się na polach Pensylwanii, zamiast planowo uderzyć w Biały Dom. Jak wiemy, i o czym przypomina nam się w pierwszej części filmu, trzy pozostałe samoloty wypełniły swoją misję. Dwa idealnie – uderzyły w dwie wieże WTC, trzeci prawie idealnie – nadszarpnął budynki Pentagonu. A czwarty właśnie, będący nieożywionym bohaterem filmu, dzięki odwadze, determinacji i woli walki pasażerów, co prawda rozbił się, ale nie zniszczył serca państwa amerykańskiego, czyli siedziby Prezydenta G.W.Busha, którego zresztą i tak szczęśliwym trafem nie było w tym czasie na miejscu, bo był zajęty czytaniem bajek dzieciom, w jakimś bodaj florydzkim, przedszkolu.

Film ma wyraźny podział – bardzo statyczna i dosyć nużąca część pierwsza, czyli relacje z wież kontrolnych, poszczególnych lotnisk, z których startowały owe wspomniane samoloty. Masa cyfr, określających przeróżne charakterystyki, jakie podaje się w przypadku prowadzenia lotów. Nic nam one specjalnie nie mówią, a cała ta sytuacja służy jedynie przedstawieniu chaosu jaki zaczyna się rodzić w kolejnych sztabach dowodzenia lotami, także wojskowym, i stopniowym jego opanowywaniu, czego finałem jest zamknięcie przestrzeni powietrznej dla wszelkich cywilnych linii nad całymi USA.
Poza tym – ten przydługawy wstęp pozwala nam oczami kontrolerów lotu zobaczyć ów tragiczny poranek z ich perspektywy. Z początku obserwujemy rutynową codzienną pracę. Następnie widzimy jak zaczynają być zdezorientowani kolejnymi zniknięciami samolotów z tras przelotów i później jakie znajdują tego wytłumaczenie z relacji CNN w telewizji. I pomału, także za pomocą podsłuchu rozmów, sytuacja znajduje swe przerażające wyjaśnienie.

Jak dla mnie, ta techniczna sekwencja jest zdecydowanie za długa i miałam wrażenie, że służy trochę jako wypełniacz filmu, bo przecież część druga - akcja w samolocie, próba przejecia sterów, najpierw przez terrorystów, a później przez pasażerów samolotu nie trwała tak bardzo długo, na pewno nie 100 minut.

Podobało mi się, że reżyser P. Greengrass przedstawia obie strony konfliktu w miarę obiektywnie. Tak jakby tam był w środku samolotu i sfilmował na żywo całe to zdarzenie. Nawet kamera drży i trzęsie się w sposób naturalny, tak właśnie, jakby operatorem był pasażer lotu 93.

Reżyser nie zieje nienawiścią do terrorystów, ani nie robi z dzielnych pasażerów stawiających im opór wielkich narodowych bohaterów. Oni się po prostu i po męsku bronią przed napaścią. Liczą, że może uda im się przeżyć. Co prawda, już z telefonów do rodzin usłyszeli o wczesniejszych atakach na WTC i Pentagon, czyli już wiedzą, że TO porwanie nie jest porwaniem dla okupu lecz jest to akcja samobójcza. Ale tak naprawdę nie znaja celu uderzenia, nie domyślają się, że jest nim Biały Dom. Tak do końca, nie wie o tym nikt. Ci dzielni Amerykanie są prawie pewni, że zginą, więc nic nie tracą, jeśli spróbują udaremnić osiągnięcie celu terrorystom. Chwała im za odwagę i za zdroworozsądkowe myślenie.

Są oczywiście bardzo wzruszajace sceny, gdy ludzie zaczynają dzwonić do rodzin, przyjaciół, żegnają się z nimi, wyznają im jeszcze po raz ostatni, a może niektórzy po raz pierwszy(?), miłość.

Ale jest też inna bardzo piękna, refleksyjna scena, gdy wszysycy w trwodze i w różnych intencjach, także Arabowie, modlą do się do swoich Bogów. Samolot wypełnia jedna wielka modlitwa, w dwóch różnych językach.
Żaden Bóg nie ulitowal się nad swoimi wiernymi. Może ich odwagę i swoiste męczeństwo wynagrodzi im po śmierci? Na pewno z takim przeświadczeniem wszystkim, i Amerykanom i muzułmanom, było lżej umierać.

wtorek, 29 sierpnia 2006

Dowód

Do zobaczenia filmu zachęciły mnie nazwiska panów - A.Hopkins i J. Gyllenhaal. G. Paltrow już trochę mniej - ta aktorka nigdy mnie nie poraziła swoim warsztatem czy urokiem, nawet w Oskarowym "Zakochanym Szekspirze". Nota bene, autorstwa tego samego reżysera, co "Dowodu" - Johna Maddena. Może liczył on na kolejnego Oskara, biorąc do głównej roli kobiecej właśnie Paltrow? :-)

No cóż, oglądanie tego filmu potraktowałam jako pokutę za grzechy. Nudy! Nawet Hopkins jako "tatuńcio - wariatuńcio" nie uratował sytuacji. Było go zresztą tyle co kot napłakał. Pojawił się kilka razy na moment, ale nawet i to wystarczyło, żeby go podziwiać - ma piękny siwy zarost i naprawdę nieźle prezentuje się jako genialny matematyk, ojciec równie uzdolnionej córki Cathy (G. Paltrow), popadający na stare lata w lekki obłęd.

Początkowo wydaje się, że przewodnim motywem filmu będzie właśnie problem geniuszu, który bardzo często w jakimś momencie istnienia spotyka się z szaleństwem. I może, gdyby ten temat pociągnięto dalej, dosadniej i wyraźniej, mógłby to być naprawdę ciekawy film. Na pewno nie tej klasy co "Piękny umysł", bo i zamiary, czy ambicje twórców "Dowodu", podejrzewam, nie były na miarę tamtego dzieła. Niestety, po chwili widzimy, że te dwa filmy łączy tylko i wyłącznie postać matematyka naukowca - odkrywcy, nic więcej. A akcja skupia się głównie na relacjach rodzic-dziecko, w których ten pierwszy naznaczony jest geniuszem i ewentualnych obciążeniach jakie się z tym wiążą dla potomstwa.

Z biegiem fabuły okazuje się, że Cathy, córka matematyczka, z nadziejami na wielką realizację w tej dziedzinie, która jednak rezygnuje ze studiów, by opiekować się zniedołężniałym ojcem, ma siostrę Claire, absolutne swoje przeciwieństwo. Claire to dosyć sprytna i obrotna osóbka, albo osoba zdrowo myśląca, jak by to powiedzieli inni, dająca w porę nogę z domu i umywająca od wszelkich kłopotów ręce. Po śmierci ojca przyjeżdża tylko by zrobić porządek z majątkiem i siostrą, której ciągle wmawia, że ma zadatki na chorobę psychiczną jak ich ojciec. Co dla Cathy jest tym bardziej bolesne, bo sama podejrzewa, że po ojcu wraz genem geniuszu odziedziczyła gen obłędu.. Możemy się w tym miejscu zastanowić, droga której z sióstr była słuszna. I jaką cenę płaci się za bezgraniczne poświęcenie, czy warto ryzykować, by w rezultacie miłość ustąpiła nienawiści?

Film na pewno zyskałby na atrakcyjności, gdybyśmy mogli poobserwować jak pracuje genialny umysł. Niestety, bohater matematyk swoje najbardziej płodne lata ma już dawno za sobą (podobno optymalny wiek na największe osiągnięcia życiowe to 23 wiosny). A my tylko patrzymy z pewną dozą zażenowania na jego zmagania z cieniem własnego fenomenu. I sami już nie wiemy, czy bardziej współczuć nieporadnej córce, oddanej w sposób zupełnie irracjonalny ojcu, która zmarnowała przynajmniej na jakiś czas swój talent i kawałek własnego młodego życia, czy ojcu, który tak by jeszcze chciał być twórcą, a już nie może.

Obraz nie dosyć, że smutny, to jeszcze nudny. Bez środka ciężkości. W rezultacie już naprawdę nie wiemy, o co autorom chodzi, po co zrobili ten film. "Dowód" nie wnosi nic nowego i kompletnie nie porusza nas w sprawach znanych i ważnych - jak np. geniusz i szaleństwo w jednym, obawa przed geniuszem i chorobą psychiczną jego potomków, czy cena poświęcenia się dla bliskiej kochanej osoby. Jak widać po tej wyliczance -można się w filmie doszukać niezłej kolekcji dramatów ludzkich, tylko dlaczego było tak drętwo?

Jedna sprawa, jednak, została rozstrzygnięta w filmie. :-) Pytanie dlaczego kobiety tak rzadko zostają wybitnymi jednostkami w nauce czy sztuce itp.- ano dlatego, że zbyt oddane są swoim bliskim, gotowe dla ich szczęścia i sukcesów złożyć na ołtarzu ofiar nawet swój geniusz. /Żeby choć za to były docenione./ Jeśli ktoś nie wierzy w ten kobiecy altruizm, dowód znajdzie w "Dowodzie" :-)

czwartek, 24 sierpnia 2006

"Odważny" Johnny

Gdzies tam przemykają informacje, że Depp ma, chyba ze strony matki, indiańskie korzenie. Jeśli ktoś niedowierza, to po "Odważnym" nie będzie miał już wątpliwości. To autorski film aktora, do którego napisał scenariusz, posiłkując się powieścią Gregory’ego Mac Donalda pod tym samym tytułem. Wyreżyserował go i zagrał główną rolę – Raphaela, Indianina z pochodzenia, który wraz z żoną i dwójką dzieci egzystuje na osiedlu u stóp góry śmieci i złomu.
To pierwszy i ostatni, jak na razie film, przy realizacji którego Depp stanął za kamerą. Bo to film zrodzony z potrzeby serca. Depp, osoba bardzo bogata, także materialnie, nie zapomina o swoich przodkach, tych, będących kiedyś dawno gospodarzami ziemi, nazwanej przez białego człowieka Ameryką. Kiedyś oddychali oni czystym powietrzem, żyli i obcowali bezpośrednio z naturą, pili krystaliczną wodę itd. A teraz, zepchnięci siłą przez najeźdźców, na kompletny margines, na śmietnisko życia - dosłownie, wegetują z dnia na dzień, żywiąc się odpadami ze stołu białego człowieka. Mieszkają jak psy, w budach, nie mają pracy, nie mają co jeść i nie mają co ze sobą począć. Szczególnie mężczyźni, jako ci do których należy obowiązek utrzymania rodziny, bardzo źle znoszą taki stan rzeczy. Piją, rozbijają sie o parę groszy, a później siedzą w więzieniach, wychodzą z nich i tak na okrągło. Raphael, czyli Johnny Depp właśnie, postanawia już z tym wreszcie skończyć i zapewnić godny byt swojej rodzinie. Droga ku temu nie może być normalna, bo przecież jego egzystencja taka nie jest. Postanawia sprzedać swoje ciało zepsutym białym ludziom, którzy chcą się zabawić, badając i obserwując, zapewne z rozkoszą, ile bólu człowiek jest w stanie wytrzymać.

"Odważny" - to film bardzo prosty i szczery. Depp, jego twórca, nie sili się na patetyzm, nie robi z Indian cierpiętników, opowiada w sposób jak najbardziej jasny i naturalny o ich losie, a właściwie braku tego losu we współczesnej Ameryce. -- Raphael idzie na śmierć, a w tym samym czasie buldożery zaczynają burzyć śmietniskowe miasteczko osadników. Ale nie ma tu jakiś krzyków rozpaczy, czy głośnych słów oskarżeń rzucanych z ekranu. Ot, człowiek człowiekowi zgotował taki los. Jednak - czujemy ten niemy wyrzut. Bo biały jest wiecznie nienasycony, tak jak w "Odważnym", gotów wydać 50 tysięcy dolarów na to, by jeszcze jako stary, niedołężny i obżarty (Marlon Brando- taka rola) jeszcze coś poczuć napawając się śmiercią człowieka.

Domyślam się, że film nie znalazł aplauzu w Stanach. Mam wrażenie, że w ogóle jest jakoś ogólnie niedoceniany. Może temat za smutny. Może z powodu braku widowiskowej akcji. Jest może nieco momentami naiwny, jak baśń niosąca w nieskomplikowanym przekazie najprostsze prawdy - o miłości, rodzinie, poświęceniu, ojcostwie i wiążącej się z nim odpowiedzialności, o honorze i godności, i potrzebie spełniania marzeń, i o cenie jaką się za to wszystko płaci.

Dużo w tym filmie pięknych obrazów, włączając w to również postać Deppa. Określenie „Ikona” urody mężczyzny XXI wieku – jak njabardziej zasłużone. To prawda – można na niego patrzeć zastygłym w zachwycie jak na obraz. Modlić się? – może niekoniecznie, ale być w podziwie nad naturą i całym zastępem ekspertów od wizerunku - owszem. Johnny Depp – to świetna robota.

Poza tym, „Odważny” rekompensuje nam smutek treści malowniczymi ujęciami gór, zachodów słońca, szamańskiego zaklinania czy w końcu bardzo oryginalnie sfilmowaną sceną, coś na kształt teatru cieni, ostatniego zbliżenia Raphaela ze swoją żoną. Nie przypominam sobie, bym coś podobnego widziała na ekranie.

Ale tak naprawdę, nie wiadomo, czy te urokliwe obrazy, dają nam pocieszenie, czy jeszcze bardziej wzmagają naszą melancholię, jaka wieje z ekranu. I jaka odbija się też w oczach Deppa na co dzień. Bo przecież to specyficzne spojrzenie aktora też ma spory udział w uwodzeniu kobiet na całej kuli ziemskiej.

No i muzyka. Iggy Pop! Cudna! Pięknie, ciekawie brzmiące instrumentarium, dźwiękowo kojarzące się z rytmami indiańskimi – ja nieomylnie rozróżniłam tylko bębny.:-) Nastrojowa, nostalgiczna, momentami niczym z filmów Kusturicy. Naprawdę - świetna. Tak jak nie przepadam z Iggy’m w jego sceniczno-płytowej twórczosci, tak uważam, że muzykę filmową robi z rewelacyjnym wyczuciem klimatu filmu i... uczuciem.
A i samego kompozytora można ujrzeć na ekranie, gdy na przyjęciu wydanym przez Raphaela, zajada wielką nogę jakiegoś zwierza. A oczy mu wychodzą z orbit, taki głodny! Pycha scenka.

Podsumowując. Zawsze uważałam Deppa za kogoś więcej niż za jakiś kanon męskiej urody, na którą można głosować, zamieszczać go w jakichś pustych i pretensjonalnych rankingach nastolatek typu – „najseksowniejszy”, „najcałuśniejszy” itp. Owszem to też, ale przede wszystkim jest to mężczyzna i odważny, myślący człowiek. Widać to także w jego filmowo-aktorskich wyborach.

wtorek, 25 lipca 2006

Kobieta Almodovara

Byłam kobietą na skraju załamania nerwowego. Jestem kobietą w kwiecie wieku, bez swego sekretu. Będą niedługo pośród ciemności błąkać się jak za życia w labiryncie namiętności. Poszukując lub żądając prawa do pożądania. Czym sobie na to wszystko zasłużyłam? A tymczasem zwiąż mnie, moje drżące ciało, uwolnij od wysokich obcasów, a opowiem ci wszystko o mojej matce i złym wychowaniu. Porozmawiaj ze mną, jak Kika albo Pepi, Luci, Bom i inne dziewczyny z dzielnicy. Albo - bądź moim matadorem, tchnij jeszcze we mnie czerwoną płachtą odrobinę życia.
:-)))

niedziela, 23 lipca 2006

Respiro

Gorąca Sycylia. Małe miasteczko Lampeduza. A w nim, oprócz przeciętnych mieszkańców, pochłoniętych codzienną krzątaniną, żyje Grazia – żona i matka trójki dzieci. Jej mąż – przystojny rybak. Zapracowany po całych dniach. Ciągle na morzu, na kutrze, albo na brzegu, oporządzający zdobyty połów by był zdatny do sprzedaży. Mąż kocha żonę, ona jego chyba też. Tak, na pewno go kocha, mimo, że nie raz doskakuje mu do oczu, które nie widzą, że jest jej smutno, albo wesoło, bez niego. Dzieci, a szczególnie dwójka chłopców, kochają matkę, często są towarzyszami jej szalonych wypraw na plażę, gdzie czuje się absolutnie wolną, związaną z morzem kobietą , jej symbolem raju. Kąpie się nago. Słucha głośno muzyki z prześlicznego, jak rajska pomarańcza, radia tranzystorowego i tańcząc w objęciach wyimaginowanego partnera. Przyjaźni się z psami, a próba likwidacji jednego z nich doprowadza ją wręcz do małej rebelii – uwalnia je wszystkie, zamknięte w szopie z przeznaczeniem na rzeź. Grazia pragnie śmiać się i rozmawiać z mężczyznami, a nawet popłynąć z nimi w morze. A na dodatek jest piękna. Tak niewiele trzeba, by uznano ją za wariatkę. Zresztą podobnie by było, gdyby była stara. Miejscowa społeczność wywiera nacisk na męża Grazii, by wywiózł ją do Mediolanu na leczenie. Nie przystoi, by kobieta w tym wieku, matka, żona, żyła sobie wolna jak ptak, nieważne, że bez grzechu. Bezmierne i irracjonalne szczęście sąsiadki kłuje w oczy, a głęboki smutek nawiedzający ją czasem dla równowagi – budzi obawę. Grazia wie, że wyjazd do szpitala ją zabije. Boi się śmierci przez uduszenie. Ona chce oddychać, zachłystywać się głęboko powietrzem wilgotnym i pachnącym morzem.
Czy możemy być wolni, szczęśliwi i szaleni w swoich spełnieniach bez oskarżenia o szaleństwo?